Kancelaria Adwokacka Adwokat Andrzej Kmieciak

Kancelaria Adwokacka Adwokat Andrzej Kmieciak Kancelaria specjalizuje się w sprawach karnych, rodzinnych i mundurowych (policyjnych i wojskowych). Obsługuje także podmioty gospodarcze.

Fanpage Kancelarii służy wymianie poglądów i prezentowania stanowisk na istotne zagadnienia prawne, społeczne i polityczne, i służy lepszemu wzajemnemu poznaniu się.

BYCIE SOBĄ🫵
23/02/2026

BYCIE SOBĄ🫵

Na gali Złotych Globów w 1998 roku jeden z dziennikarzy rzucił w jej stronę, że w sukni wyglądała „trochę rozpływająco się i ociężale”.

Kate Winslet właśnie udźwignęła na swoich barkach najbardziej kasowy film w historii kina. Miała dwadzieścia dwa lata. A na czerwonym dywanie reporter zasugerował, że powinna była założyć suknię „o dwa rozmiary większą”.

To był tylko jeden komentarz z tysięcy.

Po Titanicu tabloidy zaczęły szacować jej wagę. Publikowały rzekome diety. Wykorzystały nawet zakończenie filmu, by kpić z jej ciała — twierdząc, że Rose była „za gruba”, by Jack mógł zmieścić się z nią na drzwiach.

„Dlaczego byli wobec mnie tak okrutni?” — powie po latach.
„Przecież nawet, do cholery, nie byłam gruba”.

Ta okrutność zaczęła się wcześniej. Gdy była jeszcze nastolatką, nauczyciel aktorstwa powiedział jej:
„No cóż, kochanie, zrobisz karierę, jeśli pogodzisz się z rolami pulchnych dziewczyn”.

Później, gdy zaczyna dostawać role, jej agent odbiera telefony ze studiów z tym samym pytaniem:
„A co z jej wagą?”

Winslet natychmiast rozumie, czego oczekuje od niej ten system.

On chce korekty.
On chce zgodności.
On chce, by się zmniejszyła — dosłownie i symbolicznie — w zamian za prawo do istnienia.

Ona odmawia.

Nie głośno. Nie teatralnie. Jej bunt jest cichszy: wybiera filmy, które nie wymagają od niej bycia fantazją.

Po Titanicu, gdy jest najbardziej rozpoznawalną kobietą na świecie, świadomie odsuwa się od blockbusterów. Hideous Kinky. Holy Smoke. Quills. Iris. Małe filmy. Trudne kobiety. Złożone role, które nie opierają się na pożądaniu.

Dziennikarze nieustannie kwestionują ten wybór. Ona odpowiada szczerze:
„Bycie sławną było straszne”.

Body shaming nie ustaje. W 2003 roku magazyn GQ publikuje okładkę, na której jej nogi są cyfrowo wyretuszowane. Winslet mówi publicznie:
„Retusz jest przesadzony. Nie wyglądam tak — i co ważniejsze, nie mam najmniejszej ochoty tak wyglądać. Zmniejszyli rozmiar moich nóg o około jedną trzecią”.

W 2013 roku Vogue robi to samo z jej twarzą.

Ona dalej pracuje. Dalej odmawia.

W 2008 roku zdobywa Oscara za The Reader — rolę z wieloma scenami nagości. Zapytana o dublerkę do ciała, odpowiada jednoznacznie:
„Nigdy w życiu nie zaproponowano mi dublerki… a gdyby tak się stało, stanowczo bym odmówiła”.

W 2015 roku ma już wystarczającą pozycję, by zapisać to czarno na białym.

Jej kontrakt z L’Oréal zawiera klauzulę zakazującą jakiejkolwiek retuszy jej wizerunku.
„Uważam, że mamy odpowiedzialność wobec młodych pokoleń kobiet” — tłumaczy.
„Zawsze chcę mówić prawdę o tym, kim jestem”.

W 2021 roku, podczas zdjęć do Mare of Easttown, reżyser proponuje cyfrowe usunięcie „małej fałdki” w intymnej scenie.

„Nawet o tym nie myślcie” — odpowiada.

Dwa razy odsyła plakaty promocyjne.
„Wiem, ile mam zmarszczek wokół oczu. Przywróćcie je wszystkie”.

W 2024 roku, na planie Lee, ktoś z ekipy sugeruje jej, by trzymała się prościej, żeby ukryć „fałdy na brzuchu”.

Ona odmawia.
„Lee nie uprawiała treningów siłowych ani pilatesu. Jadła ser, chleb i piła wino. Jej ciało miało być miękkie”.

Kate Winslet często opisuje się jako „pewną siebie”. To słowo jest niewystarczające.

Od dwudziestu pięciu lat porusza się w branży, która zarabia na niepewności, i negocjacja po negocjacji, rola po roli, ustanawia prostą zasadę: jej wizerunek będzie uczciwy — albo nie będzie go wcale.

Nie czekała na pozwolenie.
Nie prosiła systemu, by się zmienił.
Zbudowała wystarczająco dużo siły, by jej „nie” stało się regułą — zapisaną w kontraktach, egzekwowaną na planach, realizowaną osobiście.

Ta historia rezonuje, bo presja, której doświadczyła Winslet, nie jest wyłącznie problemem Hollywood.

Przekonanie, że sukces wymaga autokorekty.
Że widoczność oznacza pomniejszenie.
Że kobiety, które odmawiają „kurczenia się”, płacą za to ciszą lub wykluczeniem.

Winslet udowodniła coś przeciwnego.

Cena „tak” — jednej poprawki, potem kolejnej, i jeszcze jednej — kosztowałaby znacznie więcej niż „nie” kiedykolwiek ją kosztowało.

To nie jest „empowerment”.
To dźwignia — budowana powoli i używana z precyzją.

22/02/2026

Czy wiesz, że Keanu Reeves…

Podczas kręcenia filmu „Dom nad jeziorem” przypadkiem usłyszał rozmowę dwóch osób z działu kostiumów. Jedna z kobiet płakała, bo groziła jej utrata domu, jeśli nie zapłaci 20 tysięcy dolarów. Keanu bez rozgłosu po prostu przelał tę kwotę na jej konto.

W swoje urodziny w 2010 roku poszedł sam do piekarni, kupił małą babeczkę z jedną świeczką — i tak wyglądały jego „luksusowe” urodziny. A potem, siedząc na zewnątrz, częstował klientów kawą i pieczywem.

Z pieniędzy zarobionych na trylogii „Matrix” przekazał 50 milionów dolarów ekipie od efektów specjalnych, bo uważał, że to oni byli prawdziwymi bohaterami tych filmów.

Keanu rzadko korzystał z dublerów (tylko w przypadku bardzo konkretnych scen kaskaderskich), a w ramach wdzięczności za ich pracę podarował każdemu z nich motocykl Harley-Davidson.

Do dziś regularnie jeździ metrem i komunikacją miejską, kiedy jest to najwygodniejsze — i nigdy się tego nie wstydzi.

Wiele szpitali twierdzi, że otrzymało od niego dziesiątki milionów dolarów w formie darowizn.

W niektórych filmach oddawał nawet 90% swojego wynagrodzenia, aby produkcja mogła zatrudnić innych znanych aktorów i podnieść jakość projektu.

W 1997 roku paparazzi zauważył go na ulicy: Keanu siedział obok bezdomnego, słuchał jego historii i jadł z nim śniadanie.

I co najważniejsze — wszystkie te dobre rzeczy nie pochodzą od niego. To mówią ludzie, którym pomógł. On nigdy nie robił z tego show ani reklamy.

Po tym, co przeszedł w życiu, mógłby patrzeć na świat bardziej smutno i pesymistycznie.
A jednak wybrał, by być tym dobrem wśród zła.

21/02/2026

Miała 19 lat, kiedy powiedziała swojej wytwórni:
„Wypuśćcie moją piosenkę o duchu albo odchodzę.”
Myśleli, że blefuje.
Nie blefowała.

Londyn, 1977.

Kate Bush siedzi naprzeciwko szefów EMI Records — jednej z najpotężniejszych wytwórni na świecie.
Jest nastolatką.
Dopiero co podpisała kontrakt.
Nieznana.
Jej debiutancki album nawet jeszcze nie wyszedł.

Nie ma żadnej karty przetargowej.

Poza jedną: dokładnie wie, kim jest.

Szefowie są zaniepokojeni.
Kate napisała piosenkę, której nie rozumieją.
Nazywa się „Wuthering Heights”, zainspirowana XIX-wieczną gotycką powieścią Emily Brontë o obsesyjnej i niszczącej miłości.

Utwór jest śpiewany z perspektywy ducha Catherine Earnshaw, błagającej przy oknie, zrozpaczonej, by znów odnaleźć Heathcliffa.

Głos Kate wznosi się do niemal operowego sopranu, jakiego radio jeszcze nie słyszało.
Produkcja jest bujna, teatralna, niepokojąca.
Bez gitar.
Bez dyskotekowego rytmu.
Bez klasycznej popowej struktury.

W 1977 roku nie brzmiało to jak nic innego.

I właśnie dlatego EMI chciało to zakopać.

Zbyt dziwne.
Zbyt wysokie.
Zbyt literackie.
Radia odmówią.
Szefowie mieli na debiutancki singiel inną piosenkę — coś bezpieczniejszego, bardziej „sprzedawalnego”, co nie narazi całego jej pierwszego albumu.

Kate słucha ich argumentów.
A potem odpowiada:

„Jeśli nie wypuścicie Wuthering Heights jako singla, nie wydam albumu.”

W sali zapada cisza.

Dziewiętnastolatka.
Która grozi wstrzymaniem swojego debiutu.
Naprzeciw jednej z największych wytwórni świata.

Tak nie działał przemysł muzyczny w 1977 roku.
Artystki nie stawiały ultimatum.
Słuchały rad.
Szły na kompromisy.

Kate Bush powiedziała: nie.

EMI musiało wybrać:
uznać, że blefuje — albo uznać, że mówi poważnie.

Wybrali, by jej uwierzyć.

20 stycznia 1978 roku „Wuthering Heights” wychodzi jako debiutancki singiel.

Radiowcy są zdezorientowani.
Publiczność nigdy nie słyszała nic podobnego — eteryczny głos opowiada historię ducha stukającego do okna, wołającego na wrzosowiskach Yorkshire.

Teledysk pokazuje Kate tańczącą boso, w czerwonej sukni, poruszającą się z dziwną, niemal nadprzyrodzoną ekspresją.

Krytycy są podzieleni.
Jedni mówią o pretensjonalności.
Inni widzą w tym coś rewolucyjnego.

Ale publiczność nie potrzebowała opinii.

W kilka tygodni utwór wspina się na szczyty brytyjskich list przebojów.
W marcu dociera na 1. miejsce, gdzie pozostaje przez cztery kolejne tygodnie.

Kate Bush, mając 19 lat, zostaje pierwszą brytyjską artystką, która osiągnęła 1. miejsce utworem napisanym przez siebie.

Nie coverem.
Nie piosenką „zrobioną pod nią”.
Jej wizją.
Jej słowami.
Jej odmową uległości.

Ale Kate nie chciała zostać klasyczną gwiazdą pop.

W 1979 roku rusza z Tour of Life — przełomową, teatralną trasą, która na nowo definiuje koncert:
kostiumy, tancerze, narracja.
To nie była tylko muzyka.
To była sztuka.

A potem przestała koncertować.
Na zawsze.

Nigdy już nie wróciła w trasę.
Ani w latach 80.
Ani w latach 90.
Ani w latach 2000.

Wycofała się — nie ze strachu, lecz dlatego, że znalazła coś cenniejszego niż sława: pełną kontrolę nad własną twórczością.

Podczas gdy inni gonili za trendami, Kate zamknęła się w swoim studiu.
W 1985 roku wydała „Hounds of Love” z utworem „Running Up That Hill”.

Arcydzieło.

Wciąż odmawiała tras koncertowych.

Przez dekady pracowała na własnych zasadach.

A potem, w 2022 roku, wydarzyło się niemożliwe.

„Running Up That Hill” stało się viralem dzięki Stranger Things.
Nastolatkowie odkryli Kate Bush.

W czerwcu 2022 roku piosenka znów była numerem 1 w Wielkiej Brytanii.

Kate Bush, mając 63 lata, została najstarszą kobietą, która zdobyła 1. miejsce utworem napisanym przez siebie.

Tą samą, która kiedyś była najmłodsza.

Kate Bush nigdy nie grała według zasad.
I dlatego na zawsze zmieniła muzykę.

Przemysł chciał, by poszła na kompromis.
Ona poprosiła ich, by jej zaufali.

Oni się mylili.
Ona miała rację.

I czterdzieści pięć lat później jej piosenka o duchu wciąż rozbrzmiewa.

30/01/2026

Dzisiaj obchodzimy 80. rocznicę wydarzeń w Zaleszanach. 29 stycznia 1946 r. oddział żołnierzy dowodzony przez Romualda Rajsa „Burego” dokonał „czystek” na ludności wyznania prawosławnego oraz pochodzenia białoruskiego – ich ofiarą padło kilkadziesiąt osób, w tym kobiety i dzieci. „Bury” zaliczany jest do grona tzw. Żołnierzy Wyklętych. Sprawa ta pokazuje jednak, że w jego przypadku występują potężne „skazy na pancerzu”. Zbrodniami oddziału „Burego” zajmował się Instytut Pamięci Narodowej. Według ustaleń IPN, w okresie od 29 stycznia do 2 lutego 1946 r. oddział ten zamordował co najmniej 79 osób – cywilów.

Sprawa Zaleszan jest mi szczególnie bliska, gdyż w 2018 r. zajmowałem się kwestią manifestacji zorganizowanej w Hajnówce przez środowiska kultywujące pamięć Żołnierzy Wyklętych. Podczas demonstracji, która odbyła się 24 lutego 2018 r., doszło do propagowania symboli faszystowskich. Uczestnicy wznosili również okrzyki na cześć Romualda Rajsa „Burego”. Gdy kilka dni po tym marszu przebywałem na Podlasiu – w ramach spotkań regionalnych RPO – mieszkańcy opowiadali mi, jak bolesnym doświadczeniem było to dla nich.

Dlatego w marcu 2018 r., jako Rzecznik Praw Obywatelskich, złożyłem zawiadomienie w tej sprawie. Prokuratura na różne sposoby starała się nie dopuścić do tego, by komukolwiek spadł włos z głowy. Postępowania były umarzane, a ja – przy wsparciu moich współpracowników z Biura RPO – składałem zażalenia. Cały mechanizm powolnego działania prokuratury został szczegółowo opisany w drugim raporcie z audytu spraw przygotowanym przez zespół pod kierownictwem prok. Katarzyny Kwiatkowskiej. Raport dostępny jest na stronie (opis sprawy na stronach 14–22):
https://www.gov.pl/web/prokuratura-krajowa/raport

Ostatecznie, po latach – w czerwcu 2024 r. – organizator Marszu został prawomocnie skazany na karę jednego roku ograniczenia wolności; zobowiązano go do wykonywania prac społecznie użytecznych w wymiarze 20 godzin tygodniowo. Sędzia Krzysztof Kamiński z Sądu Okręgowego w Białymstoku stwierdził:
„Sąd rejonowy trafnie zauważył, że wykrzykiwane przez oskarżonego przez megafon hasła w sposób oczywisty wykraczały poza ramy dopuszczalne dla prezentacji własnych poglądów i miały na celu wzbudzenie uczucia wrogości i niechęci do osób narodowości białoruskiej" - cytat za depeszą z Portalu Samorządowego:
https://www.portalsamorzadowy.pl/polityka-i-spoleczenstwo/organizator-marszu-pamieci-zolnierzy-wykletych-skazany-na-prace-spoleczne,549420.html

Z kolei osoba, która nosiła naszywki z symbolem Totenkopf i inne symbole faszystowskie została skazana wcześniej – w innym postępowaniu – na karę grzywny.

Rok później – w 2019 r. - w Hajnówce odbywał się kolejny marsz. Osoby związane głównie z Obywatele RP próbowały go blokować. No i oczywiście zainteresowała się nimi Policja, wszczynając postępowanie na podstawie art. 52 Kodeksu wykroczeń, przy wsparciu lokalnej prokuratury. Zarówno Sąd Rejonowy w Białymstoku, jak i Sąd Okręgowy w Białymstoku ich uniewinnił (sygn. akt. Sygn. akt VIII Ka 174/20, wyrok z 16 września 2020 r.). Jedna z osób obwinionych o wykroczenie powiedziała:
„Moja obecność w Hajnówce była spowodowana marszem ku czci żołnierzy wyklętych. Była spowodowana chęcią zaprotestowania przeciwko takiej inicjatywie w tym miejscu. (…) chcieliśmy wyrazić wówczas nasz sprzeciw wobec haseł głoszonych przez uczestników marszu i wyrazić swoje poparcie dla obywateli Hajnówki, którzy mają prawo czuć się szykanowani przez środowiska narodowe, poprzez gloryfikację nazizmu i szerzenia ideologii faszystowskiej oraz przede wszystkim gloryfikację Romualda Rajsa („Burego”), który ma rękach krew cywili pomordowanych po wojnie. (…) Ten marsz w prosty sposób kala dobre imię mieszkańców Hajnówki, potomków pomordowanych przez żołnierzy „Burego””

W podobnym tonie wypowiadały się pozostałe osoby. Warto także zacytować uzasadnienie ze strony Sądu Okręgowego w Białymstoku:
„[N]ie może budzić wątpliwości, że obwinieni poprzez swoje zachowanie uczestniczyli w debacie publicznej dotyczącej kwestii doniosłych dla społeczności lokalnej, jak również całego społeczeństwa. Okoliczności działania obwinionych oraz przyświecająca im motywacja (chęć korzystania z konstytucyjnego prawa do zgromadzeń i zajęcia stanowiska na temat obecny od 4 lat w debacie publicznej) wskazują jednoznacznie, że nie można zachowania tego zakwalifikować jako szkodliwego społecznie i nagannego w jakimkolwiek stopniu. Podstawowe wolności obywatelskie z jakich korzystali obwinieni (wolność słowa i zgromadzeń), należy w warunkach niniejszej sprawy uznać za wartości demokratyczne o większej doniosłości niż dobra, których naruszenie im zarzucono (w istocie w nieznacznym stopniu został naruszony porządek w komunikacji, wolność zgromadzeń). Zdaniem Sądu karanie obywateli za działania takie jakie podjęli obwinieni mogłoby przynieść negatywne konsekwencje dla debaty publicznej i zainteresowania obywateli sprawami państwowymi, co z punktu widzenia interesu publicznego i ustroju naszego państwa (demokratycznego państwa prawnego urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej) byłoby niewątpliwie czymś niepożądanym.”

Wyrok - z całym uzasadnieniem i wyjaśnieniami osób obwinianych dostępny jest tutaj: https://orzeczenia.bialystok.so.gov.pl/content/$N/150505000004006_VIII_Ka_000174_2020_Uz_2020-09-25_001

Tego typu spraw – związanych z blokowaniem Marszu w Hajnówce – a następnie postępowaniami sądowymi było znacznie więcej. Sądy zazwyczaj stawały po stronie osób, które w tak odważny sposób prezentowały swoje poglądy. Na bieżąco o postępowaniach w tych sprawach informowało białostockie wydanie Gazeta Wyborcza oraz lokalne media.

Liczę, że być może na ten temat powstanie kompleksowe opracowanie, wyjaśniające działania policji, prokuratury (raport K. Kwiatkowskiej jest przyczynkiem) oraz zbierające wszystkie wyroki, jak również inne dokumenty urzędowe w tych sprawach.

15/01/2026

„W 1961 roku mężczyzna z wykształceniem na poziomie ósmej klasy wziął do ręki ołówek w swojej celi więziennej i przypadkiem na zawsze zmienił historię Stanów Zjednoczonych.

Clarence Earl Gideon nie był nikim szczególnym. W wieku 51 lat był włóczęgą z siwymi włosami, pooraną życiem twarzą i pasmem niepowodzeń za sobą. Przemieszczał się z miejsca na miejsce, wykonując dorywcze prace, ledwo wiążąc koniec z końcem, od czasu do czasu trafiając do więzienia za drobne wykroczenia. Nigdy nie ukończył szkoły. Nigdy nie miał pieniędzy. A 4 sierpnia 1961 roku, gdy stanął przed sądem na Florydzie, oskarżony o włamanie do sali bilardowej, nie miał adwokata.

Dowody przeciwko niemu były niezwykle słabe — ktoś twierdził, że widział go w pobliżu Bay Harbor Pool Room około 5:30 rano z monetami w kieszeni. Z budynku zniknęło pięć dolarów w drobnych, a także trochę piwa i napojów gazowanych. To wszystko. Gideon przysięgał, że jest niewinny, ale kto miał słuchać biednego włóczęgi z kryminalną przeszłością?

Gdy rozpoczął się proces, Gideon złożył to, co uważał za prostą, konstytucyjną prośbę:
„Wysoki Sądzie, proszę o wyznaczenie obrońcy, który reprezentowałby mnie w tym procesie”.

Odpowiedź sędziego była uprzejma, ale druzgocąca:
„Panie Gideon, przykro mi, ale nie mogę wyznaczyć obrońcy w tej sprawie. Zgodnie z prawem stanu Floryda sąd może wyznaczyć adwokata tylko wtedy, gdy oskarżony jest oskarżony o przestępstwo zagrożone karą śmierci”.

Zastanów się nad tym przez chwilę. Amerykański system prawny — ze swoją złożonością, procedurami i technicznym językiem — oczekiwał, że człowiek, który nie ukończył nawet szkoły podstawowej, będzie sam bronił się przed zawodowymi prokuratorami. Oczekiwano od niego znajomości prawa dowodowego, przesłuchiwania świadków i ochrony własnych praw konstytucyjnych.

Gideon robił, co mógł. Zadawał pytania świadkom. Ogłaszał swoją niewinność. Ale jak bronić się samemu, gdy nie zna się języka prawa? Ława przysięgłych uznała go za winnego. 25 sierpnia 1961 roku sędzia Robert L. McCrary skazał go na maksymalny wyrok: pięć lat więzienia stanowego na Florydzie.

Większość ludzi by się poddała. Ale Clarence Earl Gideon nie był jak większość.

W więziennej bibliotece, otoczony książkami prawniczymi, których ledwo rozumiał, Gideon zaczął czytać. Powoli, z trudem uczył się Konstytucji. Odkrył obietnicę Szóstej Poprawki dotyczącą „pomocy adwokata”. Poznał Czternastą Poprawkę i jej gwarancję należytego procesu. I uświadomił sobie coś, co rozpaliło go od środka: system był zasadniczo niesprawiedliwy.

Jak może istnieć sprawiedliwość, skoro bogaci oskarżeni mają adwokatów, a biedni stają sami przeciwko prokuratorom?

Gideon złożył wniosek do Sądu Najwyższego Florydy. Został on odrzucony bez komentarza.

Więc znów sięgnął po ołówek. Chwiejnym pismem, na więziennym papierze, na pięciu ręcznie zapisanych stronach z niedoskonałą ortografią, napisał petycję do Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych. Podpisał ją. Złożył. I 8 stycznia 1962 roku głos jednego biednego więźnia dotarł do najwyższego sądu w Ameryce.

Wbrew wszelkim przeciwnościom — wysłuchali go.

Sąd Najwyższy otrzymuje tysiące petycji rocznie. Większość z nich jest odrzucana bez chwili zastanowienia. Ale w sprawie Gideona było coś, co poruszyło sędziów. 4 czerwca 1962 roku zgodzili się rozpatrzyć jego apelację. A ponieważ nie było go stać na adwokata, przydzielono mu jednego z najlepszych prawników w kraju: Abe’a Fortasa, który później sam został sędzią Sądu Najwyższego.

15 stycznia 1963 roku Fortas przedstawił argument tak prosty, że był druzgocący: skoro Clarence Darrow — być może najwybitniejszy adwokat karny w historii Ameryki — zatrudnił prawnika, gdy sam został oskarżony, jak człowiek z wykształceniem na poziomie ósmej klasy miałby bronić się sam?

Odpowiedź była oczywista. Nie mógł. Nikt by nie mógł.

18 marca 1963 roku Sąd Najwyższy ogłosił decyzję: 9 do 0. Jednomyślnie. Sędzia Hugo Black, który od ponad dwudziestu lat opowiadał się za takim rozstrzygnięciem, napisał uzasadnienie. Sąd orzekł, że prawo do adwokata jest „fundamentalne i niezbędne do sprawiedliwego procesu”. Stany muszą zapewnić obrońców biednym oskarżonym w poważnych sprawach karnych. Poprzedni precedens został obalony. A sprawa Gideona wróciła na Florydę do ponownego rozpatrzenia.

Tym razem Gideon miał adwokata: Freda Turnera. Z profesjonalną obroną wszystko się zmieniło. Turner ujawnił słabości w sprawie oskarżenia. Wykazał, że kluczowy świadek mógł sam popełnić włamanie. Pokazał istnienie uzasadnionych wątpliwości tam, gdzie wcześniej wydawała się być tylko wina.

5 sierpnia 1963 roku — w tym samym sądzie, przed tym samym sędzią — ława przysięgłych ogłosiła werdykt: niewinny.

Po ponad dwóch latach spędzonych w więzieniu za przestępstwo, którego nie popełnił, Clarence Earl Gideon wyszedł na wolność.

Ale jego dziedzictwo wyszło razem z nim. Dzięki petycji napisanej ołówkiem przez jednego człowieka amerykański system sprawiedliwości uległ fundamentalnej zmianie. Stany w całym kraju musiały stworzyć biura obrońców publicznych. Tysiące więźniów skazanych bez adwokatów otrzymało nowe procesy. Zasada, że sprawiedliwość nie powinna zależeć od majątku, stała się prawem.

Sam Gideon wrócił do cichego życia. Ożenił się po raz piąty. Zmagał się z problemami zdrowotnymi. Gdy zmarł na raka 18 stycznia 1972 roku, w wieku 61 lat, wciąż był biedny. Jego rodzina początkowo pochowała go w nieoznaczonym grobie w stanie Missouri.

Jednak po latach ACLU umieściła na tym grobie granitowy nagrobek. Napis pochodził ze słów samego Gideona z listu do Abe’a Fortasa:
„Każda epoka przynosi udoskonalenie prawa dla dobra ludzkości”.

Dziś, za każdym razem gdy słyszysz słowa: „masz prawo do adwokata, a jeśli nie stać cię na adwokata, zostanie ci on przydzielony” — te słowa istnieją dzięki jednemu człowiekowi, który odmówił pogodzenia się z tym, że biedni mają stawać przed wymiarem sprawiedliwości samotnie.

Clarence Earl Gideon udowodnił, że najpotężniejszą siłą zmiany nie są bogactwo, status ani wykształcenie. Czasem jest nią po prostu odwaga, by wziąć do ręki ołówek i napisać: „To nie jest w porządku”.

I czasem, wbrew wszelkim przeciwnościom, świat się z tym zgadza.

Czy twoim zdaniem wymiar sprawiedliwości wyglądałby dziś zupełnie inaczej, gdyby tego nie zrobił?”

Rafał Trzaskowski STAŁO SIĘ! Karol NawrockiJeden z ich dwóch będzie głową państwa, ale żaden nie pozyska większości wybo...
19/05/2025

Rafał Trzaskowski STAŁO SIĘ! Karol Nawrocki

Jeden z ich dwóch będzie głową państwa, ale żaden nie pozyska większości wyborców. Nie chodzi bowiem o arytmetykę wyborczą: statystykę, liczby i zdobyte punkty tylko nasze serca i dusze czyli Polskość. A ona jest ex definitione bardzo skomplikowana i umykająca wszelkiej jednoznacznej ocenie. Z jednej strony romantyczna i marzycielska, z drugiej wsobna, antyemigrancka i homofobiczna. Dynamiczna, pracowita i odważna a za chwilę zalękniona i pełna kompleksów. Na pierwszy rzut oka religijna, mesjanistyczna i ofiarna na drugi jednak nienawistna, wiecznie cierpiąca i narzekająca. Nowoczesna i prężna lub beznadziejnie tkwiąca w tępym stuporze swojego zaścianka. Tyleż samo solidarna i sprawiedliwa, co nieuczciwa i pełna hipokryzji.

Tacy jawimy się w oczach przyjezdnych my Polacy a wyniki I tury wyborów prezydenckich jeszcze bardziej nam to uwidoczniły. Jako społeczeństwo jesteśmy podzieleni nie tylko wzdłuż głównej żyły (aorty zwanej POPIS-em). Nasz polityczny organizm przecina bowiem wstęga innych, cienkich naczyń krwionośnych symbolicznie reprezentowanych przez Sławomira Mentzena i Adriana Zandberga. Szymon Hołownia się tu nie liczy (to zaledwie przemijający siniak), bo nie potrzebujemy politycznego konferansjera tylko wyrazistego fightera, za którym nie stoi jedynie jego geniusz, choćby najprawdziwszy. Bardziej nam imponuje prostacki cios w szczękę i sui generis „ars combat” aniżeli najbardziej zgrabne lub sprytne argumenty. Te drugie trącą sofistyką, te pierwsze - pomimo braku elegancji - brutalną skutecznością.

Kogo wolimy: wykształconego i bardziej politycznie doświadczonego erudytę Rafała Trzaskowskiego, czy o wiele gorzej pod tym względem wypadającego Karola Nawrockiego? Ten pierwszy dał się już przez lata poznać z rożnych stron (nie tylko tych najlepszych), drugi zaś jest wielką niewiadomą, za którą stoi ktoś potężniejszy od niego samego. Rafał Trzaskowski jest jak panienka z dobrego domu, rumieniący się na samą myśl, że musi kogoś zasłużenie uderzyć w pysk. A jeśli już, to jest w tym strasznie niewiarygodny. Karol Nawrocki nie potrafił zdjąć z siebie odium publicznie zarzuconego mu nieetycznego zachowania, ale widać, że jego wyznawcy albo w to nie uwierzyli albo nie miało to dla nich większego znaczenia. Dla nich liczy się bowiem nie on sam (człowiek znikąd) tylko jego promotor. Karol Nawrocki konsekwentnie trzyma się jednej, dość spójnej narracji. Rafał Trzaskowski w rzeczywistości zanadto naśladuje Szymona Hołownię. Bez przeszkód odwołuje się do argumentów prawicowych, lewicowych i liberalnych. Traci na tym jego wyrazistość a przez to wiarygodność.

Demokracja, to trudny ustrój wymagający wykształconych i cierpliwych wyborców. Autorytaryzm zwykł obiecywać wiele i szybko, bo jego siły nic nie krępuje (zwycięzców się nie sądzi). Co wygra w II turze: „Polska dla P***ków” czy „Polacy dla Polski”? Zdecydujesz o tym Ty Wyborco.

27/01/2025

BADANIA HISTORYCZNE NIE POWINNY MIEĆ NIC WSPÓLNEGO Z POLITYKĄ.

Na YOU TUBE krąży taki dowcip:

Dziennikarz zadaje to samo pytanie Rosjaninowi, P***kowi i Izraelczykowi; „Przepraszam, jakie ma Pan własne zdanie na temat braku mięsa?”
Rosjanin odpowiada: „Co to znaczy własne zdanie?”
P***k: „Jakiego mięsa?”
Izraelczyk: „Nie rozumiem, co znaczy „przepraszam”?”

Wielkie jest cierpienie Narodu Żydowskiego wywołane okrucieństwem II Wojny Światowej, ale to nie Polacy ją wywołali, nie oni w jej trakcie budowali getta i zakładali obozy koncentracyjne. Tymczasem po prawie 80 latach od jej wybuchu pamięć o bezpośrednio winnych Holacaustowi i jego ofiarach jest coraz bardziej zakłamywana. Muzeum w Oświęcimiu funkcjonuje jedynie jako święte dla Narodu Izraelskiego miejsce upamiętniające jego martyrologię. Przewodnicy niechętnie opowiadają o: więzionych i również zamordowanych tam P***kach; o takich bohaterach jak rotmistrz Pilecki czy Ojciec Maksymilian Kolbe. Nawet wniesienie na teren muzeum polskiej flagi narodowej spotyka się z delikatnie mówiąc niechętną reakcją przedstawicieli diaspory żydowskiej, nie mówiąc już o znaku krzyża. Można powiedzieć, że Naród Żydowski zdominował pamięć o Auschwitz - Birkenau, tak jakby tam nie byli mordowani przedstawiciele innych narodowości lub nie mieli prawa do takiej samej ochrony czci swojego męczeństwa. Na to wszystko nakłada się głupota / niewiedza / cynizm niektórych opiniotwórczych środowisk, które zakładane przez hitlerowskie Niemcy obozy koncentracyjne na terenie Polski nazywają „polskimi obozami śmierci”, sugerując tym samym współudział P***ków w ich tworzeniu, a niektórzy nawet twierdzą, że nie przypadkowo powstawały one tutaj a nie w innych miejscach okupowanej Europy. Nic dziwnego, że P***ków to oburza i boli, i naprawdę trzeba mieć wiele złej woli, aby tego nie potrafić zrozumieć.

Mark Twain mawiał, że zanim prawda założy buty, kłamstwo zdąży obiegnąć całą ziemię. Wiemy również, że prawda (nawet ta jeszcze nieodkryta) po prostu istnieje, natomiast kłamstwo tworzy się świadomie po to, aby móc czerpać z niego korzyści. Taki już jest ten świat, że niektórzy oddają życie, podczas gdy inni - w tym samym czasie lub wiele lat po - próbują na tym ubić jakieś interesy. Przeszłości już nic nie zmieni, natomiast mamy obowiązek ją nadal rzetelnie badać, aby wyciągać wnioski na przyszłość. Tymczasem reakcje obydwu stron sporu o tzw. nowelę do ustawy o IPN w ogóle temu nie służą, natomiast sprawiają wrażenie histerii rozpętanej na tzw. użytek polityki wewnętrznej. W zamian za wzrost słupków poparcia w sondażach - a nic tak temu nie sprzyja jak zdefiniowanie wspólnego wroga - oddala się dążenie do prawdy, wznieca się nienawiść pomiędzy dwoma narodami, które najboleśniej zostały dotknięte kataklizmem ostatniej wojny, uniemożliwia się owocną współpracę polityczną, gospodarczą i kulturalną. Polacy muszą zrozumieć, że każdy naród ma swój rachunek krzywd a Żydzi, że ocenianie nas głównie poprzez pryzmat szmalcowników, czy tych podłych ludzi, którzy przyczynili się do ich eksterminacji, jest niewybaczalnym fałszowaniem historii. Każdy naród ma swoją dumę i wrażliwość, tymczasem wydaje się, jak w cytowanym na wstępie dowcipie, że po obu stronach konfliktu są tacy, którzy uważają, że tylko oni mają rację, nie widzą lub nie chcą widzieć prawdziwego sedna sporu a nawet powodu dla powiedzenia „Przepraszam, zagalopowałem się za daleko. Nie o to mi chodziło”.

Adres

Ulica Elektoralna 17/17
Warsaw
00-137

Godziny Otwarcia

Poniedziałek 10:00 - 18:00
Wtorek 10:00 - 18:00
Środa 10:00 - 18:00
Czwartek 10:00 - 18:00
Piątek 10:00 - 15:00

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Kancelaria Adwokacka Adwokat Andrzej Kmieciak umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Kancelaria Adwokacka Adwokat Andrzej Kmieciak:

Udostępnij

AmicusLex

Fanpage Kancelarii służy wymianie poglądów i prezentowania stanowisk na istotne zagadnienia prawne, społeczne i polityczne i służy lepszemu wzajemnemu poznaniu się.

Każdy ma prawo do wyrażania poglądów. Jeśli czujesz taką potrzebę, masz odwagę i chcesz zabierać głos w dyskusji, czyniąc to kulturalnie, to serdecznie Ciebie zapraszam. Jesteś we właściwym miejscu.

W działalności zawodowej przestrzegam zasady, że nie tylko jest ważna sama sprawa lub problem prawny, ale przede wszystkim ukryty za nią człowiek. W życiu liczą się bowiem relacje miedzyludzkie oparte na wzajemnym zaufaniu, szacunku i kompetencji. Tak samo jest w działalności publicystycznej. Polemizujemy a nawet atakujemy cudze poglądy lub postawy, ale nigdy drugiego człowieka.

Jeśli zaciekawi Ciebie treść fanpage’a miło mi będzie jak go polubisz. Wtedy zyskasz pewność, że nie ominie Ciebie żaden post ani głos w dyskusji. Możesz także zajrzeć do mojego bloga pod adresem www.prawoizycie.blog.pl