13/07/2025
Jestem winien Państwu wyjaśnienia odnośnie czerwcowego wyroku TSUE w sprawie C 396/24 (Lubreczlik).
Wyrok ten dotyczył przede wszystkim tego, czy bank może pozywać kredytobiorcę o zwrot kwoty kapitału kredytu jeżeli kwestia nieważności umowy kredytu jest nadal przedmiotem sporu pomiędzy stronami i nie doszło jeszcze do wzajemnych rozliczeń po uznaniu umowy za nieważną. TSUE powiedział jasno, że bank nie może tego robić. Wydaje się więc, że wszystko jest jasne, a wyrok jednoznacznie pozytywny dla „frankowiczów”. Niestety nie jest to takie proste.
Wyrok ten wywołał silną medialną reakcję obu stron sporu. Obie strony próbują narzucić swoją narrację, jak należy ten wyrok rozumieć w szerszym kontekście. Przy czym, tradycyjnie, mamy tu do czynienia z próbami oczywistej manipulacji po stronie prawników bankowych wypowiadających się w mediach.
Zanim wyjaśnię jakie mogą być praktyczne skutki tego wyroku TSUE przypomnę, że banki kierują pozwy o zwrot kapitału do kredytobiorców, którzy w jakiś sposób (najczęściej już pozwem przeciwko bankowi) zakwestionowali ważność umowy kredytu. Taka akcja prawna kredytobiorcy, według aktualnie przyjętej interpretacji, rozpoczyna 3-letni bieg terminu przedawnienia roszczenia banku o zwrot kapitału kredytu. Banki powinny więc, według swojego modelu działania, złożyć taki pozew przed upływem trzech lat (licząc na koniec roku kalendarzowego) od momentu zakwestionowania ważności umowy przez kredytobiorcę. Duża część z Państwa już takie pozwy otrzymała, a reszta mogła się ich za czas jakiś spodziewać.
Taki krajobraz prawny nam się już jakiś czas temu ukształtował. Omawiany wyrok na pewno go zmieni. Nie wiemy jednak na razie w jaki dokładnie sposób. To będzie zależało od tego jaką strategię przyjmą banki i jak ten wyrok przełożą na praktykę polskie sądy. To drugie będzie szczególnie ciekawe.
Wracając do samego wyroku TSUE, to Trybunał powiedział rzecz na logikę oczywistą, tj., że europejskie przepisy o ochronie konsumenta stoją na przeszkodzie polskiemu orzecznictwu, zgodnie z którym w przypadku gdy umowa kredytu jest nieważna bank ma prawo żądać od konsumenta zwrotu całej nominalnej kwoty udzielonego kredytu, niezależnie od kwoty spłat dokonanych przez konsumenta w wykonaniu tej umowy i niezależnie od pozostałej do spłaty kwoty.
Banki jednak takie pozwy od dłuższego czasu składają opierając się na przyjętej już powszechnie od dłuższego czasu w orzecznictwie zasadzie „dwóch kondykcji”, czyli zasadzie, że każda ze stron nieważnej umowy kredytu może żądać od drugiej całości zapłaconych przez siebie kwot. Przyjęcie tej zasady pozwalało kredytobiorcom żądać wszystkiego co zostało na rzecz banku zapłacone, ale miało tę drugą stronę, że pozwalało to bankom dochodzić pozwem całej kwoty wypłaconego kapitału. Przy czym sądy, zgodnie zresztą z wnioskami banków, zawieszają masowo te sprawy do czasu zakończenia sporu w sprawie głównej, gdzie spodziewanym wynikiem jest uznanie umowy kredytu za nieważną. Wtedy zaś dopiero niejako aktywowałoby się roszczenie banku.
Dla kredytobiorcy możliwą negatywną stroną tych pozwów banków nie było zaś samo to, że bank żąda zwrotu kapitału (bo to mu się, co do zasady, finalnie należy), ale niepewność czy sąd nie obciąży kredytobiorcy niemałymi kosztami tej sprawy i czy uzna roszczenie odsetkowe banku za okres trwania procesu. Odnośnie tych dwóch kwestii mamy silne argumenty przeciwko takim potencjalnym negatywnym rozstrzygnięciom. Brak jest na dziś jednak ukształtowanego orzecznictwa, gdyż sprawy te w zdecydowanej większości pozostają zawieszone. Prawnicy kredytobiorców podkreślają m.in., że w sytuacji, gdy bank w sprawie z pozwu kredytobiorcy nadal kwestionuje to, że umowa jest nieważna, to nie może skutecznie dochodzić swojego roszczenia opartego przecież właśnie na nieważności umowy. Takie roszczenie należy uznać za co najmniej przedwczesne. Po omawianym wyroku TSUE trzeba uznać, że roszczenie takie bankowi w ogóle nie przysługuje.
W świetle bowiem omawianego wyroku TSUE, w sytuacji gdy dany kredytobiorca w ramach spłaty zobowiązań kredytowych zapłacił już bankowi więcej niż wypłacona przez bank kwota kredytu (co obecnie jest już regułą), to bank nie może już od kredytobiorcy nic żądać. W sytuacji zaś, gdyby kwota spłat kredytobiorcy byłaby jeszcze mniejsza niż kwota kapitału kredytu, bank mógłby wtedy, zgodnie z tą logiką, żądać tylko różnicy, już na dziś niewielkiej.
Jeżeli zaś tak, to te wszystkie pozwy banków przeciwko kredytobiorcom o zwrot kapitału należy uznać za pozbawione podstaw w całości, ewentualnie w zdecydowanej części. Odpaść zatem powinna kwestia ryzyka poniesienia kosztów tych spraw i ryzyka naliczania bankowi odsetek. To na pewno zdecydowanie pozytywny wniosek wynikający z wyroku TSUE. Prawnicy kredytobiorców forsują zaś pogląd, że tylko tak należy ten wyrok rozumieć.
Zupełnie inaczej przedstawiają ten wyrok w mediach i już w pismach procesowych prawnicy banków. Twierdzą oni, że TSUE podważył w nim całą teorię dwóch kondykcji i należy powrócić do tzw. teorii salda, tj. koncepcji, która kilka lat temu przeważała, że dana strona nieważnej umowy kredytu może żądać od drugiej tylko nadwyżki nad tym co sama drugiej stronie zapłaciła. Jest to oczywista manipulacja, gdyż TSUE nic takiego nie stwierdził. Co więcej, TSUE analizował polskie przepisy i praktykę sądową pod kątem realizacji ochrony konsumenta i w ogóle nie wypowiedział się o kwestii ani wzajemnych rozliczeń, ani tym bardziej ochrony interesów banków.
Jednakże w uzasadnieniu tego wyroku TSUE zawarł pewną oczywistą myśl, która strona bankowa podchwyciła i obecnie niesie na sztandarach. A mianowicie, że stosowanie przez polskie sądy utrwalonego orzecznictwa (tu o teorii wzajemnych roszczeń stron, które się automatycznie nie kompensują) nie może być argumentem, że przyjęta koncepcja jest słuszna, jeżeli jest ona sprzeczna z unijnym prawem ochrony konsumenta.
Z tego zaś prawnicy bankowi wywodzą, że skoro bank nie może już na obecnym etapie żądać od kredytobiorców zwrotu kapitału kredytu (bo już ma jego zwrot), to symetrycznie kredytobiorca nie może żądać od banku zwrotu zapłaconych kwot do poziomu kwoty wypłaconego przez bank kapitału. Prawnicy banków zdają się twierdzić, że nie jest możliwe, żeby zasada dwóch kondykcji mogła działać tylko na rzecz kredytobiorcy, który dalej mógłby żądać od banku zwrotu wszystkich zapłaconych kwot.
Naszym zadaniem będzie przekonać polskie sądy, że to właśnie i tylko to wynika z omawianego wyroku TSUE. Pomiędzy bankiem a kredytobiorcą nie ma bowiem symetrii. Na tym właśnie założeniu polega unijne prawo ochrony konsumenta.
Próbując bronić stanowiska banków odnośnie omawianego wyroku TSUE można zapytać, co miałyby w taki razie zrobić bank, jeżeli nie może już pozwać kredytobiorcy, żeby przy zasadzie dwóch kondykcji działającej dalej na rzec kredytobiorcy uchronić się przed przedawnieniem swojego roszczenia zanim kwestia nieważności umowy się ostatecznie wyjaśni. Odpowiedzią na to jest stwierdzenie, że bank może po prostu uznać nieważność umowy kredytu i rozliczyć się z kredytobiorcą przy takim założeniu. Jeżeli zaś tego nie robi i kontynuuje spór z kredytobiorcą w sprawie z jego powództwa, to sam stawia się w potencjalnie gorszej jeszcze sytuacji.
Jeżeli jednak „na koniec dnia” i tak należy bankowi, co do zasady, zwrócić kwotę wypłaconego kapitału kredytu, to można zapytać o co jest w istocie ten spór. Odpowiedź nie może zaskoczyć. Chodzi o duże pieniądze.
Jeżeli przyjąć, że wracamy po prostu do teorii salda, to roszczenia pieniężne dochodzone przez kredytobiorców są w całości lub w przeważającej części (do kwoty równej kwocie wypłaconego przez bank kapitału) niezasadne. To zaś miałoby po pierwsze na pewno znaczenie dla kwestii rozliczeń kosztów tych spraw, przede wszystkim kosztów zastępstwa prawnego. Przypuszczalnie sądy by je znosiły pomiędzy stronami, a nie zasądzały, jak teraz, na rzecz kredytobiorców, którzy w całości sprawę wygrywają.
Przede wszystkim jednak, wraz z oddaleniem roszczenia pieniężnego oddalane byłoby także związane z nim roszczenie odsetkowe kredytobiorcy. Odsetki zaś za kilka lat procesu potrafią stanowić połowę dochodzonej przez kredytobiorcę od banku kwoty podstawowej, stanowiąc jego dodatkowy pokaźny zysk z wygrania sprawy. To zaś w sytuacji, gdy, jak należy po omawianym wyroku TSUE uznać, bankom na pewno nie należą się odsetki od kwoty kapitału, które za okres od momentu złożeniu już przez bank pozwu niejako wyrównywały stan wzajemnych rozliczeń w oczekiwaniu na zakończenie sporu.
Ponadto mamy tu jeszcze w przypadku niektórych kredytobiorców kwestię możliwego uznania przez sąd przedawnienia roszczenia banku o zwrot kapitału kredytu. To w sytuacji, gdy bank spóźnił się ze złożeniem swojego pozwu. Takie sytuacje mają niekiedy miejsce w przypadku tych kredytobiorców, którzy dość wcześnie zaczęli kwestionować swoją umowę, składając np. reklamacje albo zawezwania do próby ugodowej. Nie są to rzadkie przypadku. To czy sądy te przedawnienia będą uwzględniały, to oddzielny temat, ale to ryzyko w takich przypadkach na bankach ciąży i one to wiedzą. W sytuacji zaś, gdy przyjmiemy konsekwentnie teorię salda, to należy uznać, że tego ryzyka nie ma. Roszczenie banku o zapłatę kwoty kapitału zostanie bowiem wtedy zawsze rozliczone, gdyż kredytobiorca może dostać od banku tylko to, co zapłacił powyżej kwoty kapitału. Nie może zatem dostać zwrotu wszystkiego co zapłacił, a jednocześnie nie oddać bankowi kapitału powołując się na przedawnienie.
Analizując sytuację po omawianym wyroku TSUE nie można jednak ograniczyć się do aspektów czysto prawnych. Już bowiem widać, że wyrok ten wpływa na „klimat” w sądach i działania ministerstwa sprawiedliwości wciąż pracującego nad ustawą, której celem jest przyspieszenie rozpatrywania sporów „frankowych”. Dla obu tych aspektów centralnym zagadnieniem jest przeładowanie sądów sporami frankowymi.
Jak już wspominałem wyżej, konsekwencją teorii dwóch kondykcji było to, że banki zaczęły pozywać kredytobiorców o zwrot kapitału, więc w każdej niemal sprawie „frankowej” mamy już albo niedługo byśmy mieli dwa procesy. To oczywiście dodatkowo znacznie obciąża sądy. Ministerstwo planowało już wcześniej rozwiązania, a ten wyrok TSUE je w tym utwierdza, aby doprowadzić do sytuacji, gdy będzie tylko jeden proces. Planowane było więc mi.in. rozwiązanie, że banki będą mogły w sporze z powództwa kredytobiorcy, także gdy spór jest już na etapie drugiej instancji, składać wnioski o potrąceniu swojego roszczenia z roszczeniem kredytobiorcy. Obecnie mogą to robić, co do zasady, tylko w pierwszym piśmie procesowym. Przy czym banki tylko w bardzo nielicznych przypadkach to robiły, gdyż takie potrącenie jest w zasadzie przyznaniem się do przegranej. Ministerstwo w swoim oświadczeniu po omawianym wyroku TSUE stwierdziło, że potwierdza on założenia projektowanej ustawy. Ministerstwo twierdzi też, że zmodyfikuje projekt w kierunku zgodności z tym wyrokiem. Tu zaś istotne jest właśnie jak wyrok ten rozumieć. Tak wcześniej, jak i tym bardziej obecnie po tym wyroku, są wątpliwości czy projektowane przez Ministerstwo rozwiązania zmierzające do uproszczenia spraw i rozliczeń nie pozbawią kredytobiorców roszczeń odsetkowych lub czy nie wyeliminują możliwości podnoszenia zarzutu przedawnienia roszczenia banku. Znając życie przyjęte w ustawie rozwiązania, jeżeli zostanie ona w ogóle ostatecznie uchwalona, będą budziły w praktyce wątpliwości, które doprowadzą do sprzecznych orzeczeń.
Niezależnie od kwestii tej ustawy, można być niemalże pewnym, że część sądów tak czy inaczej wróci do teorii salda. Jest to im bowiem na rękę, żeby ograniczyć ilość sporów, a omawiany wyrok TSUE i argumenty przedstawiane przez stronę bankowo w pismach procesowych da im do tego pretekst. Już widać tego sygnały.
Najbliższe miesiące powinny dać, przynajmniej częściowo, odpowiedzi na te wątpliwości.
To jak ten wyrok wpłynie na praktykę orzeczniczą będzie mieć też znaczenie dla kalkulacji obu stron odnośnie potencjalnej ugody. W szczególności, jeżeli kredytobiorca stracić by miał w całości albo w znacznej części roszczenie odsetkowe, to będzie bardziej skłonny do zawarcia ugody z bankiem. Znaczna część banków jest już bowiem gotowa na ugodowe rozliczenia zbliżone lub nawet zakładające rozliczenie według teorii salda. Nie są jednak gotowe do rozliczenia odsetek, co często, wiem z praktyki, uniemożliwia kredytobiorcy zaakceptowanie propozycji banku. Należy założyć, że zarówno sądy jak i ministerstwo też to wiedzą. Może to być więc dla nich zachętą do parcia ku zaimplementowaniu w sądach teorii salda, co musiałoby się przyczynić do zwiększenia liczby zawieranych ugód i w ten sposób ograniczenia sporów sądowych. To zaś jest obecnie głównym celem tak sądów, jak i ministerstwa.
Na koniec, żeby powiedzieć coś jasno, a zarazem jednoznacznie pozytywnie, podkreślę, że oczywiście ani sam omawiany wyrok TSUE, ani bankowe koncepcje go interpretujące nie mogą zmieniać, i nawet nie próbują, kluczowej dla nas sprawy, czyli tego, że umowy kredytów „frankowych” należy uznawać za nieważne.