24/04/2023
𝑰𝒍𝒖𝒛𝒋𝒂 𝒐𝒄𝒉𝒓𝒐𝒏𝒚 𝒅𝒂𝒏𝒚𝒄𝒉 𝒐𝒔𝒐𝒃𝒐𝒘𝒚𝒄𝒉 ❗ 𝑹𝑶𝑫𝑶 𝒕𝒐 𝒇𝒊𝒌𝒄𝒋𝒂 ❗ 𝑼𝒓𝒛ą𝒅 𝒛 𝒓𝒐𝒛𝒅𝒘𝒐𝒋𝒆𝒏𝒊𝒆𝒎 𝒋𝒂ź𝒏𝒊 ❗ 14 𝒍𝒂𝒕 𝒑𝒐𝒔𝒕ę𝒑𝒐𝒘𝒂𝒏𝒊𝒂 𝒑𝒓𝒛𝒆𝒅 𝑮𝑰𝑶𝑫𝑶 𝒊 𝑼𝑶𝑫𝑶 𝒘 𝒕𝒚𝒎 6 𝒍𝒂𝒕 𝒃𝒆𝒛𝒄𝒛𝒚𝒏𝒏𝒐ś𝒄𝒊 𝒖𝒓𝒛ę𝒅𝒖 ❗ 𝑰𝒍𝒖𝒛𝒋𝒂 𝒑𝒂ń𝒔𝒕𝒘𝒂 𝒑𝒓𝒂𝒘𝒂 🥲
Tym razem opiszę inną sprawę z moim udziałem, dotyczącą ochrony danych osobowych. Jeśli zastanawiasz się, dlaczego każdego dnia ktoś natrętnie do Ciebie telefonuje i proponuje Ci jakieś garnki, odkurzacze, fotowoltaikę, odszkodowania, czy nawet badania lekarskie w Twojej okolicy, a Ty zastanawiasz się, skąd oni znają Twój numer telefonu, w jakiej okolicy mieszkasz, czy mieszkasz w domu, czy bloku, i myślisz wtedy zadając sobie pytanie – ile to jeszcze potrwa, to ja Ci odpowiem na to pytanie – to będzie trwało zawsze. Jeśli chcesz wiedzieć dlaczego, to przeczytaj tego posta.
Dla normalnie myślącego człowieka wydawać by się mogło, że sprawa ma już długą siwą brodę, ale ja, znając tempo polskich urzędów, powiem, że ta sprawa ma postać dopiero 14-letniego młodzieńca, bo tyle trwało postępowanie przed urzędem odpowiedzialnym w Polsce za ochronę danych osobowych, w połączeniu z postępowaniami toczonymi w tej sprawie przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym w Warszawie i Naczelnym Sądem Administracyjnym. A dlaczego tak długo? Bo jak czytałe(a)ś moje pierwsze posty to napisałem kiedyś, że w naszym kraju o jakiejkolwiek odpowiedzialności za cokolwiek nie decyduje to, czy ktoś coś popełnił, ale to, czy został nominowany do tej odpowiedzialności, czy może nominowany do niewinności. A jak już jest nominacja, to postępowanie będzie trwało tyle, ile będzie trzeba 😕
O urzędzie tym 3 lata temu pisało nawet jedno z najbardziej opiniotwórczych mediów w kraju – Dziennik Gazeta Prawna, tytułując go „urzędem z rozdwojeniem jaźni”. Chodzi o aktualny Urząd Ochrony Danych Osobowych (tzw. UODO), który w 2018r. powstał na „gruzach” wcześniejszego Biura Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych (tzw. GIODO), istniejącego od 1997r., czyli od momentu wdrożenia pierwszej w Polsce ustawy o ochronie danych osobowych, a wraz z nią – iluzji ochrony danych osobowych. Poza przeszkadzaniem nam (obywatelom) w codziennym życiu, ja nie dopatrzyłem się żadnych pozytywnych efektów jej istnienia, a miałem z nią sporo do czynienia pracując w Policji. Przez ostatnie 10 lat służby prowadziłem w komendzie m.in. szkolenia z zakresu przepisów o ochronie danych osobowych.
Sprawa, którą w skrócie opiszę, jest – mogę śmiało powiedzieć – wypadkową i wynikiem wiedzy oraz doświadczenia zawodowego i moich doświadczeń prywatnych. Rezultat zawsze ten sam – jak mawiali ministrowie klasyczni – „ch… d… i kamieni kupa”, czyli zasady państwa z dykty i paździerza 👎
Ale do rzeczy. Jak już wspominałem w poprzednich postach w 2007r. uczestniczyłem w wypadku komunikacyjnym (na motocyklu), w którym doznałem rozległych urazów ciała, głównie złamań. Z wyjątkiem lewej nogi każda kończyna w którymś miejscu była złamana, łącznie z miednicą i obojczykiem. Miałem dosyć poważny uraz prawego kolana. W przeciągu dwóch lat (2007/2008) musiałem przejść cztery operacje tego kolana, z których żadna nie była prowadzona metodą laparoskopową. To były poważne operacje, bo trzy z nich były operacjami rekonstrukcyjnymi. Tak duże tempo rekonwalescencji, które przez zwykłych „rejonowych” lekarzy określane było mianem – zabójczego, narzucało również potrzebę intensywnej rehabilitacji mojego kolana. Skorzystałem wówczas z zabiegów terapii manualnej dobrego fizjoterapeuty, znanego z posiadanych tytułów naukowych, publikacji akademickich, wyników pracy naukowo-badawczej na wyższych uczelniach, pracy na tych uczelniach itd., a przede wszystkim – rewelacyjnie dobrej opinii na temat efektów jego metod rehabilitacyjnych, panującej w mojej okolicy. Fizjoterapeuta był jednocześnie współwłaścicielem niepublicznego zakładu opieki zdrowotnej w Zawadzkiem. Spółkę tę tworzył wspólnie ze swoją jedyną wspólniczką – lekarzem o innej specjalizacji.
Każdy, kto korzystał z terapii manualnej w rehabilitacji po operacjach kolana wie, jak to boli, a przede wszystkim ile to kosztuje. Ja nie miałem wyjścia. Chcąc w miarę przyzwoicie chodzić musiałem podjąć to wyzwanie. Zabiegów po każdej operacji było od kilkunastu do nawet 20-30. To zależało od postępów. Przy takim tempie operacji im dalej, tym zabiegów musiało być więcej (walka o zgięcie kolana). Na zabiegi jeździłem kilka razy w tygodniu i po każdym z nich od razu za nie płaciłem. Siłą liczb i długiego - dwuletniego okresu rehabilitacji, ogólny łączny koszt wszystkich zabiegów na przestrzeni tych dwóch lat doszedł do kwoty kilku tysięcy złotych. Za zabiegi okresowo brałem faktury, bo potrzebne mi były do roszczenia, z którym występowałem do ubezpieczyciela sprawcy wypadku, ponieważ to nie ja byłem sprawcą wypadku drogowego, w którym doznałem tak poważnych urazów. Dochodzenie roszczeń od ubezpieczyciela było również drogą przez mękę, bo wszyscy przyzwyczaili się do formuły, że za wszystko należy doić nasz NFZ, w tym za koszty leczenia ofiar wypadków, powodowanych przez sprawców, od których firmy ubezpieczeniowe pobierają składki OC i za które budują później, aż po niebo, szklane wieżowce. Ja nie miałem sumienia żeby tak robić, dlatego wybrałem – jak uznałem – formę właściwszą w tej sytuacji. Ale niestety – najpierw musiałem sam finansować sobie leczenie, a później występować o jego refundację. Sprawa również zakończyła się w sądzie, ale to sprawa odrębna.
Zatem jak już pewnie domyślasz się byłem pacjentem komercyjnym spółki medycznej w Zawadzkiem, choć ta funkcjonowała głównie z zabiegów refundowanych z kontraktów NFZ. Pacjenci komercyjni przyjmowani byli w godzinach popołudniowo-wieczornych. W 2008r. spółka wprowadziła się do nowej siedziby, zlokalizowanej w innej części tego samego miasteczka. Podczas wcześniejszych zabiegów mój fizjoterapeuta wiele opowiadał o budowie tego ośrodka, wyzwaniach, problemach itd. On tym po prostu żył. W nowej lokalizacji nie miałem jednak tych zabiegów zbyt dużo, bo jak tylko go uruchomiono, od razu zaczęły się problemy. To były problemy interpersonalne pomiędzy współwłaścicielami spółki. Pamiętam, jak kiedyś współwłaścicielka spółki wpadła po południu do ośrodka i widząc mnie w szatni, czy poczekalni, zrobiła mi awanturę o to, że ja tam przebywam. Kazała mi opuścić ośrodek. W tę sytuację wkroczył mój rehabilitant i uspakajał całą sytuację. Później przepraszał mnie za to zamieszanie i zapewniał, żebym się niczym nie przejmował. Na szczęście był to już końcowy etap zabiegów, bo to było już po ostatniej operacji kolana i niebawem przyszło mi rozstać się zarówno z moim fizjoterapeutą, jego „wspólniczką” i całym ośrodkiem. Dyskomfort jednak pozostał, a mi nie przyszło nawet do głowy, że to dopiero początek, bo prawdziwa „przygoda” z ośrodkiem zacznie się dopiero za kilka miesięcy.
Kiedy po dwuletniej rekonwalescencji, na przełomie czerwca i lipca 2009r. wróciłem do pracy, po kilku dniach moi przełożeni wręczyli mi wezwanie na przesłuchanie. Prawie mnie zatkało, bo z jego treści wynikało, że sprawa dotyczy spółki, w której miałem zabiegi rehabilitacyjne. Zostałem wezwany jako świadek, a z zapisów umieszczonych na blankiecie wezwania i przywołanej podstawy prawnej wynikało, że sprawa dotyczyła przestępstwa przywłaszczenia. Nie miałem bladego pojęcia, o co może chodzić, dlatego skontaktowałem się z moim fizjoterapeutą, by się dowiedzieć, o co chodzi. Powiedział mi wówczas, że jego wspólniczka chce go wyeliminować ze spółki i przejąć ich ośrodek na własność. Pomawia go o różne nieprawidłowości, donosi do prokuratury i innych instytucji. Trwa walka o ośrodek, a ich personel medyczny oraz pacjenci zostali podzieleni na „jego” i „jej” (wspólniczki). Chyba w tej rozmowie powiedział mi również, że również i on dostał wezwanie na przesłuchanie do tej samej komendy Policji, co i ja, a nawet więcej – na ten sam dzień. Nie wiedział jednak, o jakie przywłaszczenie i czego, może w tej sprawie chodzić. Sprawa była dziwna, bo śledztwo prowadziła ościenna komenda Policji – komenda powiatowa w Krapkowicach. Ja zacząłem już podejrzewać, że może chodzić o mnie, bo kiedy wróciłem do pracy dowiedziałem się, że w sprawie spółki z Zawadzkiego prowadzone są inne śledztwa, a prowadzi je nasza komenda – w Strzelcach Opolskich. Pamiętam, że to mnie mocno zaniepokoiło, bo ewidentnie wskazywało to na to, że zaczynam być w coś „wkręcany”. Nie wiedziałem jednak w co. Kiedy w jakiejś sprawie, prowadzonej przez konkretną komendę, pojawiał się wątek policjanta tej komendy, to w tamtym czasie praktyka była taka, że sprawę przekazywano do przeprowadzenia przez inną jednostkę Policji.
Na przesłuchanie pojechałem i okazało się, że sprawa dotyczyła wszystkich faktur, jakie ośrodek wystawił mi za moje zabiegi w poprzednich latach. Były ogólne pytania o to, czy byłem pacjentem ośrodka (lub też współwłaściciela), kiedy korzystałem z zabiegów, w jaki sposób za nie płaciłem itd. Opowiedziałem wszystko zgodnie ze stanem faktycznym.
W tamtym momencie sprawa zaczęła wyglądać nieciekawie, bo jak się okazało, prowadzone śledztwo dotyczyło moich faktur, a zestawienie – policjant i jakieś „machloje” na fakturach – to mieszanka, w której policjanta natychmiast zamyka się w areszcie, a później pyta, o co chodzi 😟 Co prawda zostałem przesłuchany jako świadek, ale od świadka do podejrzanego, to czasami bardzo krótka droga. To tylko kwestia czasu. Korzystając z „wolności” zacząłem myśleć, co można zrobić, żeby sprawę bliżej wyjaśnić, bo prokuratura, czy nawet ościenna komenda Policji nie zrobi tego na pewno, tylko dzielnie wykona prokuratorskie rozkazy. Sam udałem się do Biura Spraw Wewnętrznych Policji i opowiedziałem, w co zaczynam być wkręcany i poprosiłem, aby to zostało wyjaśnione. Moi przełożeni już dawno mnie skreślili i już w tamtym czasie i w tamtej sprawie uświadomiłem sobie, jakie dno prezentują służby i ludzie na stanowiskach w nich zatrudnieni. W tym samym czasie udałem się również do Sądu Okręgowego w Opolu, by uzyskać dostęp do akt rejestrowych spółki, w której miałem zabiegi rehabilitacje, i uważnie się z nimi zapoznać. Mój fizjoterapeuta od samego początku mówił mi, że ośrodek może mi wystawiać faktury za zabiegi, skoro nie były one płacone z kontraktu z NFZ-etem. W aktach rejestrowych szukałem czegoś na potwierdzenie tego faktu.
I owszem, po przestudiowaniu akt, okazało się, że w umowie spółki był zapis, który mówił o tym, że współwłaściciele spółki będą przyjmowali pacjentów poza kontraktem NFZ, a przychód osiągnięty z tego tytułu będzie przychodem spółki i będzie zaliczką na wynagrodzenie każdego z nich. Innymi słowy, to co każdy z nich wypracuje sobie po godzinach na wizytach prywatnych, to jego.
W tym momencie cel śledztwa okazał się absurdalny, bowiem okazało się, że mój rehabilitant miał przywłaszczyć sobie środki finansowe, które sam sobie zarobił. Kwestie ewentualnych podatków od faktur pozostawały tylko po stronie współwłaścicieli spółki, nie zaś po stronie organów ścigania. Po niedługim czasie śledztwo zostało umorzone, a Biuro Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji samo odezwało się do mnie i poinformowało mnie, że cała sprawa to tło konfliktu pomiędzy współwłaścicielami spółki. I tutaj muszę być obiektywny w ocenie BSWP, Biuro zachowało się rzetelnie i przyzwoicie. Ja natomiast do dzisiejszego dnia nie wiem, jaki miałem mieć udział w przywłaszczeniu majątku spółki w Zawadzkiem, chociaż niewiele brakowało, a trafiłbym za kraty.
Z czasem w mediach zaczęły pojawiać się liczne artykuły prasowe o konflikcie w spółce, a sprawa została nagłośniona nie tylko na szczeblu lokalnym. Okazało się, że 17 tys. pacjentów z Zawadzkiego i okolicznych miejscowości pozostało bez możliwości leczenia. Podaję linki do dwóch przykładowych artykułów z lokalnej Nowej Trybuny Opolskiej, które potwierdziły to, o czym mówił mój fizjoterapeuta.
https://nto.pl/wojna-doktorow-czyli-spor-o-przychodnie-w-zawadzkiem/ar/4134645
https://nto.pl/z-powodu-klotni-wspolnikow-przychodnia-rehmed-w-zawadzkiem-bedzie-zlikwidowana/ar/c1-4136771
Jak mi się wydaje, a wynika to z wszystkich okoliczności tego konfliktu, w tym z doniesień prasowych, współwłaścicielka nie mogła znieść tego, że do swojego wspólnika – fizjoterapeuty, pacjenci niekontraktowi (poza NFZ), po oficjalnych godzinach funkcjonowania placówki, walili drzwiami i oknami, podczas gdy w jej gabinecie w tym czasie „hulał wiatr”. I ja to osobiście widziałem.
Współwłaściciel spółki zawiadomił mnie również i o tym, że moje faktury dalej wykorzystywane były przez wspólniczkę w procesie toczonym przed Sądem Rejonowym Wydziałem Gospodarczym w Opolu o likwidację spółki. Nie wiedziałem w tym momencie, czy mam śmiać się, czy płakać, bo znowu nie wiedziałem, czy ktoś nie wpadnie na pomysł, by wzywać mnie przed oblicze Wysokiego Sądu aby pytać, czy to przeze mnie 17 tys. pacjentów z Zawadzkiego i okolic pozostało bez leczenia 🫢 To zaczynało już być żałosne. Najbardziej bezczelne było jednak to, że wspólniczka swoim pozwem sądowym domagała się rozwiązania spółki i przejęcia jej majątku na swoją własność. Z czasem wyszło również i to, skąd wzięło się śledztwo prowadzone w komendzie powiatowej Policji w Krapkowicach. Otóż okazało się, że było ono wynikiem przesłuchania w charakterze świadka męża (obywatela Niemiec) pani doktor – współwłaścicielki spółki, który na przesłuchaniu dotyczącym innych urojonych przestępstw mojego fizjoterapeuty, powiedział, że ja nie byłem pacjentem ich (żony) spółki, a faktury, które wystawiła mi spółka za zabiegi, nigdy nie zostały zapłacone. To było oczywiste pomówienie, bo wszystkie faktury były opłacone, a ja, skoro byłem pacjentem współwłaściciela ośrodka, jednocześnie, zgodnie ze statutem spółki, stawałem się pacjentem ośrodka.
Spółka została przez Sąd rozwiązana, ale nie na zasadach wytyczonych pozwem współwłaścicielki. Cel nie został osiągnięty. Do jej likwidacji Sąd wyznaczył likwidatora, a proces jej likwidacji, z informacji które posiadałem, trwał jeszcze kilka kolejnych lat.
Ostatecznie wszystkie sprawy karne zostały umorzone, bo opierały się na oczywistych absurdach i pomówieniach. Współwłaściciela spółki próbowano oskarżać za to, że z konta spółki wypłacił środki finansowe które stanowiły jego pożyczkę na rozwój ośrodka, a mnie nie wiadomo o co. Jednym z wielu odprysków „wojny doktorów” była również sprawa karna o fałszowanie dokumentacji spółki, ale tam zarzuty stawiano komuś z rodziny Pani Doktor. Wiem, że w pierwszej instancji osoba ta została skazana, ale czy ten wyrok utrzymał się, tego już nie wiem. Natomiast co do innej prowokacji związanej z moją osobą była jeszcze sprawa o wykradanie protokołów przesłuchań z komputera policjantki z dochodzeniówki prowadzącej śledztwo w sprawie spółki i przekazywanie ich współwłaścicielowi spółki. Tę historię wymyślono z niczego, a w zasadzie – z innych prowokacji polsko-niemieckiego małżeństwa związanego ze spółką, i oparto ją na założeniu, że skoro byłem pacjentem spółki związanym z jednym z właścicieli spółki i miałem dostęp do komputera pani sierżant z dochodzeniówki poprzez znajomość haseł, to na pewno ja wykradłem te protokoły i przekazałem je walczącym o spółkę. W tym celu zorganizowano różne SB-ckie prowokacje, ale jakoś nic nie chciało się ułożyć w logiczną całość i jak to w służbach się mówi - potwierdzić. Okazało się, że gdy prowadzone było śledztwo, to ja jeszcze przez 5-6 miesięcy byłem na zwolnieniu lekarskim, w związku z czym nie za bardzo mogłem „grzebać” w komputerach, a w finale sprawy wyszło, że niefrasobliwa policjantka z dochodzeniówki przetrzymywała protokoły przesłuchań swoich spraw w otwartych folderach i na niezabezpieczonym koncie na komputerze, do którego swobodny dostęp miało pół wydziału kryminalnego. Do dziś dnia nie wiadomo, kto grzebał w jej dokumentach i czy w ogóle ktoś tam wchodził, nie mówiąc już o przekazywaniu dokumentów stronom postępowania karnego. Mnie nigdy nikt za to nie przeprosił, ale po tej sprawie nauczyłem się wielu rzeczy. Przede wszystkim w służbach nigdy nikomu nie ufaj, a jak robi się jakiś smród, to ty pierwszy składaj zawiadomienia o przestępstwach, nim inni zaczną składać na ciebie. A to, czy rzeczywiście zrobiłeś coś niewłaściwego lub nie, nie ma najmniejszego znaczenia, bo prokuratorska hołota zrobi to, co będzie chciała i "przyklepie" ci to, czego zażądają na górze. Dlatego też kilka lat później, po wymianie kolejnych 4-5 strzeleckich komendantów (rok w rok), nie miałem żadnych skrupułów, by zawiadomić komendę główną Policji o zachowaniu ówczesnego komendanta powiatowego Policji w Strzelcach Opolskich, który próbował mnie nakłaniać do potajemnego „szpiclowania” komputerów wybranych osób w komendzie i informowania go o wynikach. Nie wiedział, że ja po sprawie spółki z Zawadzkiego jestem na te kwestie wyjątkowo uczulony i bezwzględny. Zrobił się taki „gnój”, że chłopa natychmiast odwołano i gdzieś schowano na kilka miesięcy. Później, jak już prokuratura „zrobiła swoje”, przerzucono go na Śląsk, by dalej mógł gdzieś szefować. Tak, on był nietykalny, bo był kolesiem Komendanta Granatnikowa. Niestety, po kilku latach zabił się na drodze. Tam już nie miał żadnych układów.
Te doświadczenia pokazały mi, że komputery w Policji stały się chyba jeszcze bardziej niebezpieczną bronią, niż same pistolety. Moje dalsze losy pokazały, że tak rzeczywiście było.
Ale wracając do sprawy spółki, kiedy miejscowi policyjno-prokuratorscy mędrkowie grzebali w aktach tego ośrodka, ja zawiadomiłem już o sprawie ówczesnego Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych (GIODO). Frywolka i nieudolność w połączeniu z niewiedzą były zatrważające. Państwo policjanci i prokuratorzy najwyraźniej nigdy nie czytali Konstytucji RP, bo gdyby czytali, to dowiedzieliby się z art. 47 i 51, że każdy ma prawo do ochrony prawnej życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego imienia, a władze publiczne nie mogą pozyskiwać, gromadzić i udostępniać innych informacji o obywatelach niż niezbędne w demokratycznym państwie prawnym. W tej sprawie chodzi o to, że żaden przedsiębiorca nie ma prawa udostępniać osobom nieuprawnionym dokumentacji finansowo-księgowej przedsiębiorstwa, bo każdy taki zbiór jest jednocześnie zbiorem danych osobowych, a taki podlega szczególnej ochronie. Idąc dalej, nawet akta postępowania karnego czy śledztwa nie są zwolnione z obowiązku ochrony danych osobowych. Skoro przedmiotem śledztwa był sam fakt wystawienia pacjentowi przez spółkę faktur za zabiegi, a nie to, komu zostały te faktury wystawione, organ śledczy nie miał prawa ujawniać tych danych w aktach głównych śledztwa (dane te powinny być ukryte). Zacząć jednak należało od tego, że policjantka podczas przesłuchania nie miała prawa przyjmować od świadka elementów dokumentacji księgowej spółki, kiedy świadek nie był pełnomocnikiem tej spółki. Względnie powinna go poinformować o tym, że takim zachowaniem może narazić siebie i osobę, która mu te dokumenty przekazała, na odpowiedzialność karną. Podobnie rzecz wygląda z postępowaniem sądowym o rozwiązanie spółki. W aktach tej sprawy również znalazły się faktury Krzysztofa Cudeckiego z pełnymi jego danymi adresowymi, chociaż Krzysztof Cudecki niewiele, a raczej nie miał nic wspólnego z rozwiązaniem spółki. Ale to jeszcze nie wszystko, współwłaścicielka spółki wynajęła sobie radcę prawnego, któremu również te faktury przekazała, a on przedłożył je dalej przed sądem. Radca prawny nie był prokurentem spółki, więc podobnie jak jej współmałżonek, nie był osobą uprawnioną do posiadania i dysponowania dokumentami księgowymi zawierającymi dane osobowe pacjentów. No i wreszcie odpowiedzialność osoby która udostępniła dokumenty księgowe spółki osobom nieuprawnionym.
Moje zawiadomienie GIODO, datowane na sierpień 2009r., jak się później okazało, było początkiem swoistego 14-letniego cyrku, obnażającego nieudolność i niekompetencje najwyższych organów administracji publicznej.
Urząd odpowiedzialny za ochronę danych osobowych przez 14 lat próbował sprawę kanalizować i wszelkimi metodami „ukręcać”. Postępowaniu towarzyszyły wieloletnie okresy bezczynności i działania niezgodne z prawem.
Na wstępie ograniczył swoje postępowanie tylko do kwestii przetwarzania moich danych osobowych przez organy ścigania. To stało się powodem uchylenia dwóch pierwszych odmownych decyzji GIODO przez Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie w październiku 2010r. Generalny Inspektor złożył jednak skargę kasacyjną do NSA, który w grudniu 2011r. uchylił wyrok WSA i zwrócił sprawę do WSA. NSA stwierdził, że skoro GIODO przyjął zawężoną granicę rozpoznawania sprawy, a ja nie wniosłem sprzeciwu w ciągu 14 dni od pierwszego zawiadomienia, to mógł sobie prowadzić sprawę rozpoznając ją w zawężonej granicy do samego jej końca. Będąc związanym wyrokiem NSA WSA w Warszawie w lutym 2012r. oddalił moją skargę i sprawa wróciła do punktu wyjścia. Po natychmiastowym ponowieniu skargi do GIODO sprawa ruszyła na nowo w marcu 2012r. Kolejne dwie instancje prowadzonej sprawy (GIODO był jednocześnie organem I i II instancji, niebywałe) trwały do maja 2015r., przy czym od sierpnia 2013r. nie napływała do mnie żadna korespondencja, co było ewidentnym przejawem bezczynności. Wcześniej Urząd próbował żądać ode mnie podania niemieckiego aktualnego adresu zamieszkania męża współwłaścicielki spółki, chociaż adres ten już dawno miał (tak na wszelki wypadek, gdybym go nie miał). Grożono mi umorzeniem części postępowania, jeśli go nie podam. Zatem w maju 2015r. ponowna, druga decyzja odmowna GIODO i kolejna skarga do WSA w Warszawie. W marcu 2016r. WSA ponownie uchyliło w całości decyzję GIODO i postępowanie wróciło do speców od ochrony danych osobowych. Sąd punktuje Urząd i zwraca mu uwagę, że wciąż nie ustalił, czy udostępnienie faktur mężowi współwłaścicielki spółki, było jedynie prawdopodobnym naruszeniem przepisów ustawy o ochronie danych osobowych (wynik wieloletniej pracy GIODO), czy naruszeniem ewidentnym, nie budzącym wątpliwości. Posługiwanie się w takim postępowaniu teoriami prawdopodobieństw jest niedopuszczalne. Sąd zwrócił również uwagę organowi, że zawiadomienie prokuratury o przestępstwie naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych nie jest prawem Urzędu Ochrony Danych Osobowych, na co próbował wskazywać ten Urząd, lecz jego obowiązkiem.
I tutaj kolejna rzecz niebywała. Chociaż Sąd Administracyjny zwrócił już uwagę GIODO na przewlekłość, minęły aż kolejne 4 lata, nim Urząd wziął się za tę sprawę ponownie, tj. po uchyleniu wcześniejszej jego decyzji. Tym razem w nowych barwach – Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO).
UODO powstał w 2018r. na mocy nowych przepisów unijnych i krajowych w miejscu poprzedniego Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych, czyli mniej więcej po dwóch latach od ogłoszenia wspólnotowego Rozporządzenia UE 2016/679, powszechnie nazywanym rozporządzeniem RODO.
W czerwcu 2020r., po 4 latach od wyroku WSA w Warszawie, UODO wznowił postępowanie w sprawie naruszenia przepisów ochrony danych osobowych i prowadził na nowo swoje ustalenia. Zażądał od stron postępowania dodatkowych wyjaśnień. Mąż współwłaścicielki spółki, obywatel Niemiec, wyjaśnił, że z uwagi na znaczny upływ czasu już niewiele pamięta z tej sprawy i nie pamięta, czy przedstawiając organom ścigania faktury za moje zabiegi działał jako pełnomocnik swojej żony (nie działał i nie miało to jakiegokolwiek znaczenia ❗️). Podkreślił także, że nie miał nic wspólnego z działalnością medyczną spółki ❗️
Urząd po roku ponownego „męczenia” sprawy w lutym 2022r. wydał kolejną swoją decyzję, na mocy której uchylił swoją wcześniejszą decyzję z 2013r. i postępowanie umorzył, uznając, że stało się ono bezprzedmiotowe. A dlaczego stało się przedmiotowe, bo to chyba największe kuriozum tej sprawy? Ano dlatego, że uznał, iż przetwarzanie moich danych osobowych przez męża współwłaścicielki spółki miało charakter „jednorazowy i ograniczony w czasie” 😂, a w dacie wydawania decyzji mąż nie był już w posiadaniu faktur zawierających moje dane osobowe. Tym samym, zdaniem UODO, naruszenie którego dopuściła się spółka nie występuje już w dacie wydania decyzji i postępowanie stało się bezprzedmiotowe. Czytałem wielokrotnie poprzednią ustawę o ochronie danych osobowych (z 1997r.), a nawet pracując jeszcze w Policji prowadziłem szkolenia z ochrony danych osobowych i nigdzie nie doczytałem się, by przetwarzanie danych osobowych niezgodnie z prawem było dozwolone w przypadku kiedy odbywa się „jednorazowo” i w sposób „ograniczony w czasie”. Używając takiej wykładni stosowania przepisów ochrony danych osobowych można dojść do wniosku, że wydzwanianie do dziesiątek tysięcy obywateli, których dane osobowe kupiło się od skorumpowanych urzędników jakiegoś urzędu, przedsiębiorstwa, szpitala itd., z propozycjami zakupu odkurzaczy, fotowoltaiki, pomp ciepła itd. nie jest nielegalne, jeśli ma charakter „jednorazowy i ograniczony w czasie”. Dlatego teraz już wiesz, że pisząc na początku o telemarketingu ostrzegłem, że nachalne telefony były, są i będą. Państwo, a już na pewno UODO, nie jest zainteresowane w tym, żeby to wyplenić 🥲
Decyzję UODO ponownie zaskarżyłem do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie i pojechałem na rozprawę, która odbyła się w dniu 16 stycznia 2023r. Pojechałem tylko dlatego, żeby zapytać – No dobrze, mamy odbiorcę faktur – męża współwłaścicielki spółki, który nie poniósł żadnej odpowiedzialności za swoje oszczerstwa i pomówienia, a co w takim razie z odpowiedzialnością osoby, która obowiązana do ochrony danych osobowych pacjentów spółki, przekazała mu te dane? Za to ustawa o ochronie danych osobowych przewiduje odpowiedzialność karną i 2 lata więzienia, na co zwracał już uwagę w 2016r. Sąd Administracyjny.
I tutaj odpowiedzi nie otrzymałem. Pełnomocnika prawnego UODO nie było na rozprawie, a Wojewódzki Sąd Administracyjny nie przychylił się do mojej skargi i ją oddalił. Kwestia ewentualnej odpowiedzialności karnej została totalnie przemilczana, bo zdaje się wszyscy wiedzą (łącznie z funkcjonariuszami sądowymi), że od prawie 10 lat ta odpowiedzialność jest przedawniona. I to sam wymiar sprawiedliwości w połączeniu z jakimiś pajacami od ochrony danych osobowych ją przedawnił 👎 Możesz przeczytać uzasadnienie wyroku, o które specjalnie wystąpiłem, i nie znajdziesz w nim ani pół słowa na ten temat. Podobnie jest zresztą z odpowiedzialnością administracyjną i cywilną. Wszystko uległo już przedawnieniu. I to dlatego „z rozdwojeniem jaźni” piszą teraz, że coś stało się bezprzedmiotowe, bo było jednorazowe, krótkotrwałe i tylko prawdopodobne, jak przekazanie faktur mężowi przez jego żonę. Kto, oprócz idioty, jest w stanie uwierzyć, że Urząd Ochrony Danych Osobowych, a wcześniej Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych, przez 14 lat nie byli w stanie ustalić, od kogo mąż współwłaścicielki spółki medycznej, idąc wspólnie z nią na przesłuchanie na komendę Policji, otrzymał faktury pacjentów tej spółki 🤥 Taki właśnie wniosek płynie z analizy dokumentów tej sprawy. Nie znajdziesz w nich żadnego zdania jednoznacznie stwierdzającego tę okoliczność, chociaż zarówno urząd jak i sąd stwierdziły, że przepisy ochrony danych osobowych zostały naruszone. No i tak zwyczajnie, po Polsku, naruszenie jest, a winnych brak 🇵🇱
Dwie osoby (mnie i współwłaściciela spółki – rehabilitanta) przeczołgano pod zarzutem, czy może bardziej właściwie – podejrzeniem, wyprowadzania majątku spółki medycznej, wykradania i przekazywania protokołów z policyjnych komputerów itd., a wniosków brak. Na podstawie zeznań jakiegoś 🇩🇪 szaleńca powszczynano śledztwa, ściągano informatyków z komend wojewódzkich do badania komputerów, urządzano SB-ckie prowokacje i co? Nic? No nie tak do końca nic. Policyjne i prokuratorskie młoty otrzymały awanse, a wniosków brak. Lekarze i obywatele Niemiec w naszym kraju wciąż nietykalni. Podobnie z prokuratorami. Ówczesny szef Prokuratury Rejonowej w Strzelcach Opolskich, odpowiedzialny za to całe partactwo, to dziś z-ca Prokuratora Okręgowego w Opolu.
A jak ze strony Prokuratury Rejonowej w Strzelcach Opolskich pozamiatano sprawę, kiedy po kilku miesiącach w 2010r. złożyłem zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstw pomówienia, fałszywego oskarżenia i składania fałszywych zeznań na moją szkodę? Ano w ten sposób, że prokurator wydał postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa. I nie byłoby tutaj nic dziwnego gdyby nie to, że prokurator w ramach tzw. czynności sprawdzających orzekł o istocie przestępstwa, a nie o tym, czy istnieją podstawy do wszczęcia śledztwa, co miał zrobić. Na tę kwestię wielokrotnie wskazywał Sąd Najwyższy w swoich wyrokach. Kuriozalne jest zatem stwierdzenie prokuratora, że śledztwa nie wszczyna się z powodu braku danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia czynu zabronionego, bo właśnie śledztwo jest od tego, żeby takie dane zgromadzić i ustalić, czy ten czyn (zabroniony) popełniono. A o tym, że prokurator otrzymał polecenie pozamiatania sprawy świadczy w postanowieniu to, że rozpoznał przestępstwo prywatnoskargowe – pomówienie (art. 212 §1 kodeksu karnego), chociaż nie miał do tego żadnego uprawnienia. To wyłącznie prerogatywa Sądu. Kiedy prokurator nie przychylił się do mojego wniosku o objęcie przestępstwa pomówienia ściganiem z urzędu, to po przeprowadzeniu ustaleń miał obowiązek wysłać to zawiadomienie do Sądu i nadać mu zwykły tryb – prywatnoskargowy, a nie blokować ściganie i wypowiadać się na temat tego, czy przestępstwo popełniono, czy nie popełniono. Od tego jest Sąd. Tak mówią przepisy Rzeczpospolitej Polskiej, a przynajmniej w tamtym czasie tak mówiły. No, ale żeby z obywatela zrobić idiotę, każda prokuratorska sztuczka jest dozwolona i mile widziana. Który obywatel „pokapuje”, o co chodzi?
Natomiast wracając jeszcze do Urzędu Ochrony Danych Osobowych, chciałbym napisać o czymś, co budzi moje przerażenie. Otóż UODO, na podstawie przepisów ustawy o udziale Rzeczypospolitej Polskiej w Systemie Informacyjnym Schengen oraz Wizowym Systemie Informacyjnym jest organem kontrolnym dla Krajowego Systemu Informatycznego (tzw. KSI). KSI to najogólniej mówiąc cała infrastruktura informatyczna służąca do wymiany informacji na szczeblu krajowym i całego układu z Schengen, w wyniku realizacji zadań i obowiązków wynikających z przynależności Polski do układu z Schengen. Jeśli ten urząd prowadzi po 14 lat swoje postępowania wyjaśniające i nie potrafi w tych postępowaniach ustalić faktów elementarnych, to tylko patrzeć, aż nas wywalą z układu Schengen 🫣
Wyrok WSA ze stycznia 2023r. formalnie kończy moją sprawę, bo ja nie będę już robił z siebie durnia składając skargę kasacyjną do NSA, albowiem: 1) Ona nic nie da. Obywatel zawsze był wrogiem własnego państwa i dalej nim pozostanie, 2) To trochę kosztuje, bo skargę taką musi złożyć adwokat lub radca prawny.
Poniżej podaję chronologiczną kolejność zapadających rozstrzygnięć z linkami do poszczególnych wyroków sądów administracyjnych, jeśli ktoś miałby jeszcze mało.
W sprawie pojawiają się dodatkowe wyroki WSA w Warszawie i NSA, bo był jeszcze wątek udostępniania dokumentów z akt sprawy. Kiedyś, w „pierwszych latach” sprawy zwróciłem się jeszcze do GIODO o udostępnienie (wykonanie kserokopii i przysłanie na mój koszt na mój adres domowy) bodajże czterech dokumentów z akt sprawy. Pracownicy „Urzędu z rozdwojeniem jaźni” telefonicznie poinformowali mnie, że taka możliwość istnieje po złożeniu pisemnego wniosku, a kiedy taki (pisemny) wniosek złożyłem, dostałem postanowienie o odmowie uwzględnienia wniosku. Sprawa dotarła również do NSA.
No cóż, Urząd z rozdwojeniem jaźni.
I kto za to wszystko płaci 😧?
- sierpień 2009r. - skarga do GIODO,
- grudzień 2009r. - wniosek do GIODO o
udostępnienie dokumentów,
- styczeń 2010r. - GIODO - odmowa
udostępnienia dokumentów,
- styczeń 2010r. - GIODO - decyzja odmowna I
instancja,
- kwiecień 2010r. - GIODO - decyzja odmowna II
instancja,
- październik 2010r. - WSA W-wa - wyrok uchylający decyzję GIODO https://orzeczenia.nsa.gov.pl/doc/0C2C20B460
- październik 2010r. - WSA W-wa - wyrok uchylający decyzję GIODO w spr. udostępnienia dokumentów https://orzeczenia.nsa.gov.pl/doc/7FA3EDB96F
- grudzień 2011r. - NSA - wyrok uchylający wyrok WSA https://orzeczenia.nsa.gov.pl/doc/159FE98F5C
- grudzień 2011r. - NSA - wyrok uchylający wyrok WSA w spr. udostępnienia dokumentów https://orzeczenia.nsa.gov.pl/doc/D45A5F3A38
- luty 2012r. - WSA - wyrok oddalający skargę na podstawie wyroku NSA https://orzeczenia.nsa.gov.pl/doc/2DC2304265
- luty 2012r. - WSA - wyrok oddalający skargę w spr. udostępnienia dokumentów na podstawie wyroku NSA https://orzeczenia.nsa.gov.pl/doc/A190534AC1
- marzec 2012r. - ponowna skarga do GIODO,
- lipiec 2013r. - GIODO - decyzja odmowna I
instancja,
- sierpień 2013r. - maj 2015r. - BEZCZYNNOŚĆ GIODO,
- maj 2015r. - GIODO - decyzja odmowna II
instancja,
- marzec 2016r. - WSA W-wa - wyrok uchylający decyzję GIODO https://orzeczenia.nsa.gov.pl/doc/2BC4F481F6
- marzec 2016r. - czerwiec 2020r. - BEZCZYNNOŚĆ GIODO/UODO,
- luty 2022r. - UODO - uchylenie wcześniejszej decyzji i umorzenie postępowania,
- styczeń 2023r. - WSA W-wa - utrzymanie w mocy umorzenia postępowania https://orzeczenia.nsa.gov.pl/doc/0A9A601038
--------------------------------------------------------------------------