25/01/2026
To książka, która nie mówi czytelnikowi, co powinien zrobić. I właśnie w tym tkwi jej siła. Nie popycha ani do rozstania, ani do trwania za wszelką cenę. Zamiast tego zmusza do uczciwego sprawdzenia, gdzie naprawdę jest relacja.
To lektura zarówno dla osób będących w związkach, jak i dla tych, które są same. Nie zakłada, że musi być „źle”, żeby warto było po nią sięgnąć. Pokazuje raczej, że kryzysy rzadko zaczynają się gwałtownie – częściej narastają cicho, przez miesiące albo lata.
Z wielu poruszanych w książce wątków szczególnie wybrzmiały dla mnie trzy, które bardzo często widzę później w sprawach rozwodowych:
1️⃣ Długotrwały kryzys bywa mylony z normalnością
Jeżeli coś trwa latami, łatwo uznać to za „taki etap” albo „tak po prostu jest”. Książka dobrze pokazuje, że czas trwania kryzysu ma znaczenie – i że adaptacja do trudnej relacji nie oznacza, że ona nadal działa.
2️⃣ Rozpad relacji zaczyna się wcześniej, niż myślimy
Nie od zdrady, nie od kłótni, tylko od zaniku rozmowy, ciekawości drugiej osoby i poczucia wpływu. To momenty, które często są bagatelizowane, a później okazują się kluczowe.
3️⃣ Decyzja o rozstaniu wymaga porządku, nie impulsu
Ta książka nie daje gotowych odpowiedzi, ale pozwala uporządkować myśli. To szczególnie ważne, gdy ktoś jest już blisko decyzji o zakończeniu relacji – także tej formalnej, jak rozwód.
Na book club organizowany przez wybrałam się z moją przyjaciółką – psychodietetykiem .katarzynaczerwonka. I bardzo naturalnie pojawił się temat zależności między kryzysami w relacjach a jedzeniem: emocjonalnym, kompulsywnym, chaotycznym albo skrajnie restrykcyjnym. To, co dzieje się w związku, bardzo często odbija się w ciele – i odwrotnie. Te rozmowy tylko to potwierdziły.
Jeśli ktoś po lekturze tej książki widzi u siebie sygnały, że emocje zaczynają regulować się jedzeniem albo całkowitą kontrolą – warto poszukać wsparcia także w tym obszarze. W takich sytuacjach odsyłam właśnie do niej.
„Sztuka rozstania” to dobra książka nie na moment, kiedy wszystko już się rozsypało, ale wtedy, gdy jeszcze można świadomie sprawdzić, z czym naprawdę mamy do czynienia.