23/06/2026
Ostatnio zrobiło się głośno o tym, czy adwokat powinien pochodzić z „adwokackiej rodziny”. I przyznam szczerze - piękna koncepcja.
Człowiek naiwnie myślał, że droga do zawodu prowadzi przez studia, aplikację, egzaminy, patronat, rozprawy, stres, etykę, odpowiedzialność i kilka momentów, w których zapominasz, jak się nazywasz pod salą sądową.
A tu się okazuje, że może trzeba było jeszcze załączyć do wniosku akt urodzenia z adnotacją:
„ojciec: adwokat,
matka: tradycja palestry,
chrzestny: kodeks postępowania cywilnego”.
Tylko że nie. Nie ma czegoś takiego jak „adwokat z adwokackiej rodziny” w sensie, który miałby komukolwiek dawać większe prawo do tego zawodu.
Można pochodzić z rodziny prawniczej. Można mieć w domu książki, rozmowy o sprawach i dziadka, który przy rosole wspominał swoje mowy końcowe. I to może być piękne. Ale nie daje to nikomu dodatkowej pieczątki na charakterze.
Tak samo jak brak adwokata w rodzinie nie czyni człowieka gorszym kandydatem do zawodu. Bo adwokatura nie powinna być nazwiskiem przekazywanym przy wigilijnym stole. Nie powinna być herbem nad kominkiem. Nie powinna być klubem rodzinnym z wpisowym w postaci dobrze brzmiącego nazwiska.
Adwokatura to zawód zaufania publicznego. A zaufanie nie dziedziczy się po rodzicach. Zaufanie buduje się samemu - pracą, uczciwością, wiedzą, odwagą, odpowiedzialnością i tym, jak zachowujesz się wtedy, kiedy nikt nie patrzy.
Dlatego jeśli ktoś jest pierwszą osobą w rodzinie, która zakłada togę, to nie jest „człowiekiem znikąd”. Jest człowiekiem, który sam przeszedł całą drogę.
I może właśnie dlatego wie najlepiej, ile ta toga waży.