09/05/2026
📅 Z DZIENNIKA POŚREDNIKA...
Oj, w tej robocie miodu nie ma 🍯 Już, już się Puchatek witał z miodkiem w barci, a tu rój pszczół nadleciał z nienacka i psińco, trzeba było się tylko oblizać smakiem... No, komuż się chce kolejnego ula szukać, komu❓️
A było tak:
Co się pocieszyłam majówką w ogrodzie to moje. I znów proza życia - zdecydowanie za krótki ten urlop. Z bólem zwlekłam się z łóżka, popatrzyłam na telefon i aż mnie otrzepało na widok liczby nieodebranych połączeń telefonów i wiadomości w trzech innych komunikatorach. Plan dnia napięty jak... (nie powiem co), ja nie czuję żebym po tych kilku dniach była jak młoda bogini, a tu jeszcze w perspektywie pół wieczora call center. Dzień się jeszcze nie zaczął, a ja już się czuję jakbym poległa.
Przyznaję, kwiecień mnie wykończył ilością pracy i stresem, żeby wszystkiego dopilnować i o każdego zadbać. Nie da się być dobrym sprzedawcą bez odpowiedniego nastawienia, entuzjazmu i ogromnych pokładów energii - kto godnie zarabia w tej branży, ten wie, że głupio nie gadam. Weekendowe DIY (wszyscy sąsiedzi zerkali co my znów kombinujemy 😉) dało mi jakąś odskocznię, ale niewystarczającą by znów poczuć wiatr w skrzydłach. Człowiek maszyną nie jest. Z jednej strony szkoda, bo przydałoby się czasem mieć pancerz i wyłączyć emocje, a z drugiej - nic nie zastąpi szczerej rozmowy, serdecznej relacji i tej ludzkiej chęci pomocy, aby każdy mój klient znalazł idealne miejsce dla nowego etapu swojego szczęśliwego życia. W tym jestem świetna i w fałszywą skromność bawić się nie zamierzam, bo za stara na to jestem.
Ale dziś nie o starości. Dziś o tym jak czasem wszystko idzie pod górkę. Do tego stopnia, że mam ochotę siąść i płakać. A potem, jak już naprawdę osiągnę apogeum frustracji, czekając kiedy mi cegła spadnie na łeb w naszej drewnianej chałupie, proszę Ryśka żeby mnie zabrał na coś pysznego i... dzieje się magia. Za każdym razem sobie myślę, że trzeba było na kolację jechać w południe, to może karta odwróciłaby się wcześniej 🤣
O naszych przebojach można by godzinny odcinek nakręcić, ale postaram się "streścić" i skupić na najciekawszych wątkach. Wracamy więc do Dnia Roku.
Poranek zaczyna się od narzekania naszego syna, że gardło go boli i źle się czuje. Nie byłoby w tym nic strasznego gdyby nie to, że od paru miesięcy jest cyklicznie to samo - co pójdzie do szkoły na tydzień, to znów chory. A za tydzień egzaminy. Musi przecież mieć siłę i jasny umysł. Mówię mężowi żeby go zapisał do lekarza, bo tam nigdy dodzwonić się nie można. Kompletnie mi to nie w smak, bo kalendarz rozpisany na minuty, spotkania popotwierdzane, a tu jeszcze ta lista telefonów w tle. Mógłby jechać Ryszard, ale powie lekarce tyle co Wiktor, więc wiem, że z automatu spadnie to na mnie. Zła jestem i zmartwiona.
Załatwiam najważniejsze rozmowy. W międzyczasie wysyłam maile z dokumentami. Negocjuję cenę działki. Klient mówi, że dobrze zna rejon i bardzo mu się podoba. Dzwonię do notariusza zorientować się w kosztach, bo mi to do dogrania tematu potrzebne. Kończę dwa opisy. Robię trzy wyceny. Umawiam inspekcję domu. Znów telefony. Wreszcie jadę na prezentacje.
Mam takie mieszkanie, na które nikt fajny nie dzwoni. A niefajnemu nie wynajmę - nie po to mnie zatrudniają. Cieszę się, że mam wreszcie dwóch mocnych kandydatów. Upewniam się wcześniej czy babeczka z córką może być. Może, byle dziecko nie miało ADHD, bo sąsiadka z dołu nie da im żyć. Ośmiolatka, myślę, to duża dziewczynka, więc spoko. Para z Ukrainy też ok. Na nich stawiam, bo szukają mieszkania blisko przyjaciół, żeby na kawkę wpadać. Pan mówi, że w grę wchodzą tylko Złote Łany. Słyszę, że im bardzo zależy. Już czuję, że ten wynajem to zwykła formalność. Czekają na mnie pod blokiem. Bardzo sympatyczni. Pani ma błysk w oku. Mieszkaniem zachwyceni. Ale nagle zauważam konsternację gościa. Patrzy na telefon i mówi:
"Uhmmm, stąd do naszych znajomych jest 10 minut samochodem".
"Jakie dziesięć minut?!?" - pytam. "Przecież Złote Łany to wszędzie w kapciach! Pokaż mi to pan"
Na wyświetlaczu Skoczowska 8 czyli Beskidzkie. Drugi kraniec miasta.
A pan na to: "AI mi podpowiedziało, że to Złote Łany."
Koniec Aktu I.
"Dobra - myślę sobie - kobitka też była miła". Dzwoni domofon. Wciskam przycisk, nie słyszę głosu otwierania. Czekam chwilę. W końcu zlatuję na dół, z trzeciego. Nie dość, że wkurzona, to jeszcze muszę latać w te i we wte. Pani stoi z bodyguardem, który miał z nią ponoć nie mieszkać, bo pracuje i mieszka za granicą (w trakcie wyszło, że w umowie figurować nie może, bo partnerka czeka na przydział z ZGMu). W tym dniu chyba się tu teleportował. A drzwi były niedomknięte, więc na domofonie nie pykło. Wchodzimy na górę, rozglądają się. Nagle się okazuje, że w sumie mają wszystkie meble swoje (a tu pełne wyposażenie i to świeżo kupione). Pytam, pro forma, czy dziecko spokojne.
"A skąd - entuzjastycznie wykrzykuje pani - ma ADHD!!! Ciągle skacze, biega i tańczy nawet pole dance. Muszę jej tu plac zabaw znaleźć."
Koniec Aktu II.
Czas na przychodnię. Jestem już mocno w niedoczasie, do Czechowic kawałek, więc dzwonię do Ryśka żeby nas zawiózł, to nie będę kombinować z parkowaniem, a jeszcze sobie po drodzę wykonam parę telefonów. Jedziemy nowym zjazdem na Komorowice. Odliczam minuty, żeby nam kolejka nie przepadła. "Ja pierdzielę" - słyszę znad notesu - Wóz strażacki na środku drogi, a strażacy posypują drogę jakimś absorbentem." Korek jak stonoga.
Koniec Aktu III.
Wysiadamy i pędzimy do przychodni. "Jadę w międzyczasie po płyn do spryskiwaczy, bo świata Bożego nie widać" - rzecze Rysiu. Za kwadrans wraca po nas. Widzę, że zły jak diabli. "Shella" zamknęli.
Koniec Aktu IV.
Co by tu na koniec dodać, w ramach Piątego Aktu❓️
Dograłam negocjacje. Pan zachwycony działką. Miejsce super, media blisko, papiery grają. Już, już witam się z gąską. Mija chwila.
"Pani Asiu, poprosiłem jeszcze kolegę żeby podjechał w teren. Kurczę, trochę jednak za mało płaska ta działka."
"Jak to? Nie zauważył Pan wcześniej?"
"No nie. Bo ja w Holandii mieszkam."
THE END
P.S. Pani Ewelinka z restauracji jest THE BEST ❤️ Od razu się człowiek rozwesela 😊