13/04/2026
Słuchajcie, muszę Wam to opowiedzieć, bo to, co przeżyłem w Budapeszcie, zostanie ze mną do końca życia. To była moja pierwsza misja jako obserwatora przy procesie wyborczym. Węgry po 16 latach rządów jednej partii wyglądały na zabetonowane. Fidesz miał wszystko: każdą lokalną gazetę, każdą telewizję i setki układów w małych miasteczkach. Wydawało się, że ten mur jest nie do przebicia. A jednak pękł.
To, co zrobiła partia TISZA Párt i Péter Magyar to był majstersztyk, ale taki ludzki, bez zadęcia. Oni nie straszyli ludzi wojną, nie szukali wrogów w Ukrainie czy w Brukseli. Po prostu zaczęli mówić o tym, że w szpitalach brakuje leków, a szkoły się sypią. Rozmawiali o dziurawych drogach i o tym, że życie stało się potwornie drogie. To była kampania o godności i o tym, że można być dumnym Węgrem bez nienawiści do sąsiada. Obudzili w ludziach poczucie sprawczości. Niesamowicie było obserwować, jak z każdym dniem cisza na ulicach zamienia się w radosne wyczekiwanie. Widziałem morze ludzi pełnych nadziei, idących w wielotysięcznym tłumie na koncert na dwa dni przed wyborami. Widziałem wtedy w ich oczach realną potrzebę zmiany!
Po pracy związanej z obserwacją wyborów usiadłem w małej knajpce niedaleko parlamentu. Ten budynek jest obłędnie monumentalny, wieczorem wygląda jak ze złota. Ale ważniejsze było to, co działo się przy stoliku obok. Miałem ze sobą teczkę z dokumentami obserwatora. Kelnerka, młoda dziewczyna, zauważyła ją, gdy przynosiła mi kolację. Zatrzymała się na moment i po prostu zaczęła płakać. Nie histerycznie! Łzy po prostu płynęły jej po policzkach. Powiedziała mi tylko: „Dziękuję ci, że przyjechałeś, że pilnowałeś, że patrzyłeś. Wreszcie czuję się wolna”. Mówiła, że pierwszy raz ma wrażenie, że Europa ich widzi, że nie są już jakąś czarną dziurą na mapie i że ludzie w Europie zaczęli mówić o nich i o ich przyszłości. Pamiętam jej uśmiech i bijącą od niej radość, gdy machała do idących obok tłumów z flagami.
Na ulicach Budapesztu działo się coś, czego nie zapomnę. Tysiące młodych ludzi, flagi, pochodnie. To była jedna wielka impreza wolności. Samochody jeździły po mieście z włączonymi klaksonami, ludzie ściskali się na chodnikach. Młodzi skandowali, że wreszcie mogą nazywać się Węgrami z podniesioną głową. To było fizycznie wyczuwalne, ta energia i poczucie, że właśnie skończyła się jakaś długa, ciężka zima.
Z politologicznego punktu widzenia to był szok dla systemu. Węgrzy pokazali, że nawet przy pełnej kontroli mediów i administracji autentyczne emocje i prawda o codziennym życiu mogą wygrać z najdroższą propagandą. Jako polityk, który poszedł do tej roboty, by walczyć o praworządność, czułem ogromną satysfakcję. Widziałem na własne oczy, że prawo to nie tylko martwe paragrafy w kodeksach. Praworządność to ten spokój w oczach kelnerki. To pewność, że nikt cię nie ukarze za własne poglądy.
Węgry dzisiaj są radosne, europejskie i bezpieczne. Cudownie było być tam fizycznie i dotykać historii, która działa się na moich oczach. Czułem, że te wybory zmieniły nie tylko Węgry, ale całą naszą część Europy. To był dowód na to, że warto bić się o normalność. Wolność zawsze znajdzie drogę, jeśli tylko ludzie przestaną się bać!