Kancelaria Prokura

Zadzwoń Strona internetowa

Kancelaria Prokura Zaufany partner w trudnych sytuacjach 🤝

28/09/2026

Tomasz odetchnął z ulgą, gdy sąd ogłosił jego upadłość konsumencką.

Niestety firma, która przygotowała mu wniosek, zostawiła go samego, gdy do sprawy wszedł syndyk.

Syndyk przeanalizował jego sytuację i uznał, że okoliczności niewypłacalności uzasadniają wydłużony plan spłaty. W projekcie zaproponował 84 miesiące. Siedem lat.

Gdy Tomasz trafił do Kancelarii Prokura, przygotowaliśmy jego stanowisko i argumentację.

Ostatecznie sąd ustalił plan spłaty na 36 miesięcy.

Masz już ogłoszoną upadłość?

Nie czekaj, aż plan spłaty Cię zaskoczy. Skontaktuj się z nami.
📩 [email protected]

Rewanż, czyli drugi mecz o ten sam długZ notatek z zeszłego miesiącaProducent opakowań. Sześć lat współpracy z odbiorcą ...
24/09/2026

Rewanż, czyli drugi mecz o ten sam dług

Z notatek z zeszłego miesiąca

Producent opakowań. Sześć lat współpracy z odbiorcą towaru. 320 000 zł zaległości.

Każdą umowę podpisywał ten sam prezes. Założyciel spółki, jej większościowy udziałowiec i twarz firmy. To z nim ustalano ceny, terminy dostaw i kolejne prolongaty. To on tłumaczył, że opóźnienie jest przejściowe, duży odbiorca spóźnia się z płatnością, a następny kontrakt przywróci spółce płynność.

Wierzyciel czekał z pozwem dziesięć miesięcy.

Znali się przecież od lat.

Potem wszystko potoczyło się standardowo. Pozew przeciwko spółce. Wyrok. Klauzula. Komornik. Dwa lata po wniesieniu pozwu — postanowienie o umorzeniu egzekucji.

Spółka nie miała nic.

Nie miała pieniędzy na rachunkach, maszyn, samochodów ani należności, z których można było odzyskać choćby część długu. Miała za to nowego prezesa.

Skoro ze spółki nie da się już ściągnąć pieniędzy, pozostaje odpowiedzialność członków zarządu na podstawie art. 299 KSH. Decyzja o kolejnym pozwie zapadła szybko. Założyciel nadal mieszkał w tym samym pięknym domu z rozległym ogrodem. Nadal prowadził działalność gospodarczą. W przeciwieństwie do spółki miał majątek, z którego można prowadzić egzekucję.

Przy przygotowaniu pozwu ktoś pobrał pełny odpis z KRS.

I dopiero wtedy wyszło na jaw to, czego przez całą wcześniejszą sprawę nikt nie zauważył.

Nowy prezes wcale nie był nowy.

Założyciel został odwołany jeszcze przed wniesieniem pozwu przeciwko spółce. Cztery miesiące wcześniej sprzedano wszystkie udziały i powołano nowy zarząd. Następca zasiadał już w organach kilkudziesięciu spółek. W intrenecie reklamował usługę „uwalniam prezesów od długów”.

W dniu składania pozwu przeciwko spółce w KRS nadal widniał jej założyciel. Uchwały już jednak zapadły. Zmiana była skuteczna, a rejestr dopiero czekał na aktualizację.

Uchwała zmieniła prezesa.

KRS spóźnił się z wiadomością.

Ucieczka, która nie kasuje przeszłości
Z zarządu można odejść. Nie można uchwałą usunąć okresu, w którym prowadziło się sprawy spółki.

Sprzedaż udziałów nie działa wstecz. Odwołanie nie usuwa podpisanych umów. Powołanie następcy nie sprawia, że poprzedni zarząd przestaje mieć znaczenie dla wierzycieli, których zobowiązania powstały w czasie jego urzędowania.

Założyciel nadal pozostawał, więc osobą, której odpowiedzialność należało zbadać. To on prowadził spółkę, kiedy powstawał dług. To on podpisywał prośby o kolejne terminy. To on zapewniał, że spółka odzyska płynność.

I to jego było z czego pozwać.

Wierzyciel miał prawomocny wyrok przeciwko spółce. Miał dokument potwierdzający bezskuteczność egzekucji. Elementy niezbędne do tego procesu.

Sprawa wyglądała na przygotowaną.

Tyle że kilka lat wcześniej wierzyciel sam zmienił zasady przyszłego procesu.

Nie wiedział o tym, kiedy dawał spółce kolejne miesiące.

Wyrok, który nie kończy wszystkiego
Przez lata mechanizm wydawał się prosty.

Najpierw wierzyciel pozywał spółkę i uzyskiwał przeciwko niej prawomocny wyrok. Później, gdy egzekucja okazywała się bezskuteczna, kierował roszczenie przeciwko członkom jej zarządu.

W drugim procesie nie rozpoczynano od początku sporu o to, czy spółka rzeczywiście była winna pieniądze. Dług został już zasądzony. Członek zarządu nie mógł po prostu wrócić do twierdzeń, że towar był wadliwy, saldo źle obliczone, a część faktur nie należała się wierzycielowi.

Pierwszy mecz był rozegrany.

Wynik znajdował się w prawomocnym wyroku.

Tak było do 12 kwietnia 2023 r.

Tego dnia Trybunał Konstytucyjny orzekł, że były członek zarządu, który odszedł przed wszczęciem procesu przeciwko spółce, musi mieć możliwość wykazania, że zasądzona później wierzytelność nie istniała.

Powód jest zrozumiały.

Były prezes nie był stroną procesu przeciwko spółce. W chwili jego wszczęcia nie zarządzał już spółką. Nie decydował, czy spółka złoży odpowiedź na pozew, przedstawi dokumenty, podniesie zarzut potrącenia albo zakwestionuje jakość dostarczonego towaru.

Nie można więc obciążyć go prywatnym majątkiem i jednocześnie powiedzieć, że nie ma prawa podważyć długu tylko dlatego, że spółka wcześniej przegrała proces, w którym on nie mógł się bronić.

Wyrok przeciwko spółce nadal obowiązuje.

Ale wobec byłego prezesa przestaje być zamkniętym tematem.

Drugi mecz
Były członek zarządu nie wygrywa tylko dlatego, że zaprzeczy istnieniu długu.

Musi przedstawić zarzuty. Musi wskazać dowody. Musi pokazać, dlaczego wierzytelność nie istniała albo była niższa od kwoty zasądzonej przeciwko spółce.

Dla wierzyciela praktyczny skutek pozostaje jednak brutalny.

Po kilku latach znowu wracają umowy. Faktury. Protokoły odbioru. Potwierdzenia dostaw. Salda. Reklamacje. Potrącenia. Ustalenia prowadzone telefonicznie i maile pisane przez pracowników, którzy dawno już nie pracują w żadnej ze stron.

Wierzyciel raz przeprowadził ten spór.

Raz przedstawił dokumenty.

Raz przekonał sąd.

Raz uzyskał prawomocny wyrok.

Teraz może zostać zmuszony do obrony tego samego długu przed człowiekiem, który zna historię transakcji lepiej niż nowy zarząd spółki. Sam negocjował warunki. Sam podpisywał dokumenty. Wie, gdzie zabrakło protokołu, które ustalenie zostało tylko w rozmowie telefonicznej i której reklamacji nikt formalnie nie zamknął.

Ma też coś, czego nie miała już spółka.

Dom do obrony, pieniądze na pełnomocników i osobisty powód, żeby szukać każdej niejasności.

To jest rewanż.

Drugi mecz o ten sam dług.

Pierwszy wierzyciel rozgrywał przeciwko spółce bez majątku, reprezentowanej przez człowieka podstawionego na jej końcowym etapie. Drugi rozgrywa przeciwko założycielowi, którego prywatny majątek zależy od wyniku.

Stawka jest ta sama.

Przeciwnik zupełnie inny.

Cztery miesiące
Wierzyciel z naszej historii wniósł pozew przeciwko spółce cztery miesiące po odejściu jej założyciela z zarządu.

W rejestrze nadal widniało jego nazwisko. Wierzyciel nie wiedział o uchwałach i nie miał prostego sposobu, żeby się o nich dowiedzieć. Nie dostał zawiadomienia od spółki, sądu ani nowego prezesa.

Nie oznacza to, że popełnił oczywisty błąd proceduralny.

Oznacza coś bardziej niepokojącego.

Dając spółce dziesięć miesięcy, pozwolił, aby w międzyczasie zmienił się stan faktyczny, który kilka lat później zadecydował o zasadach procesu przeciwko byłemu zarządowi.

Wierzyciel nie kontrolował daty odwołania prezesa.

Kontrolował datę własnego pozwu.

Gdyby proces przeciwko spółce rozpoczął się przed odejściem założyciela, nie zachodziłaby sytuacja opisana w wyroku Trybunału. Ówczesny prezes nie mógłby po latach twierdzić, że został związany wynikiem postępowania wszczętego dopiero wtedy, gdy nie miał już wpływu na obronę spółki.

Nie oznaczałoby to automatycznej wygranej wierzyciela w sprawie z art. 299 KSH. Członek zarządu nadal mógłby korzystać z innych przewidzianych prawem linii obrony.

Nie dostałby jednak rewanżu tylko dlatego, że pierwszy mecz rozpoczął się już po jego zejściu z boiska.

Różnica między tymi dwoma scenariuszami wyniosła cztery miesiące.

Cztery miesiące „dawania szansy sprawdzonemu partnerowi”.

Cztery miesiące kolejnych telefonów, obietnic i terminów, których spółka nie dotrzymała.

W dniu każdej z tych decyzji wierzyciel widział tylko odsunięcie pozwu. Nie widział, że może właśnie osłabiać znaczenie wyroku, który uzyska kilka lat później.

Dokumenty pisane bez myśli o procesie
W procesie przeciwko założycielowi największe znaczenie może mieć teraz korespondencja z okresu, w którym nadal prowadził spółkę.

Prośby o prolongatę. Potwierdzenia salda. Maile o chwilowych trudnościach. Zapowiedzi przelewu. Propozycje spłaty w ratach. Wiadomości, w których prezes nie kwestionował jakości towaru ani wysokości długu, lecz prosił tylko o więcej czasu.

Dokumenty, które w chwili powstania miały uspokoić wierzyciela i odsunąć pozew, po latach mogą służyć do odparcia twierdzenia, że wierzytelność nigdy nie istniała.

To kolejna rzecz, której wierzyciel nie widzi na początku sprawy.

Korespondencja handlowa nie kończy swojego życia po zapłacie faktury albo zerwaniu współpracy. Może wrócić po pięciu latach, w procesie przeciwko człowiekowi, który ją pisał i teraz próbuje podważyć dług własnej spółki.

Dlatego wierzytelności nie prowadzi się etapami, które po zakończeniu można od siebie odciąć.

To, co dział handlowy uznał za zwykłą rozmowę z klientem, później staje się dowodem w sądzie. To, co zarząd wierzyciela uznał za gest dobrej woli, może zmienić układ procesowy kilka lat później.

A data pozwu nie jest wyłącznie datą techniczną.

Czasami decyduje o tym, czy po pierwszym wyroku przeciwnik dostanie rewanż.

Dając spółce kolejny miesiąc, wierzyciel nie przesuwa tylko daty pozwu. Może właśnie zgadzać się na drugi mecz o ten sam dług.

PS. Jeżeli patrzysz na przeterminowane saldo spółki z o.o. i zastanawiasz się, ile jeszcze poczekać, problemem nie jest wyłącznie to, czy za miesiąc spółka będzie miała z czego zapłacić. W tym czasie mogą zmieniać się także zasady procesu, który będziesz prowadzić za kilka lat.

23/09/2026

Masz już ogłoszoną upadłość? Myślisz, że postanowienie sądu oznacza koniec problemów?

Właśnie teraz zaczyna się najważniejszy etap Twojego oddłużenia.

Pojawia się syndyk. Analizowane są Twoje dochody, wydatki, możliwości zarobkowe oraz okoliczności, które doprowadziły do niewypłacalności.

A to wszystko ma wpływ na Twój plan spłaty.

Jeżeli sąd uzna, że doprowadziłeś do niewypłacalności wskutek rażącego niedbalstwa, plan spłaty może trwać nawet 84 miesiące. Siedem lat.

Wnioskiem można rozpocząć upadłość.

My pomagamy Ci przejść przez to, co dzieje się później.

Masz już ogłoszoną upadłość konsumencką? Skonsultuj z Kancelarią Prokura dalszy etap postępowania.

📩 [email protected]

Parasol, który ciężko złożyćZ notatek z zeszłego miesiącaDzień układowy otworzył parasol ochronny nad dłużnikiem, wykona...
11/09/2026

Parasol, który ciężko złożyć

Z notatek z zeszłego miesiąca

Dzień układowy otworzył parasol ochronny nad dłużnikiem, wykonawcą robót budowlanych, ponad dwa tygodnie temu.

Stawka dla wierzyciela, hurtowni materiałów budowlanych, nie zmieniła się. Droga do prawomocnego tytułu zajęła czternaście miesięcy. Sąd zasądził 225 tysięcy złotych. Komornik zdążył zająć rachunek bankowy - wtedy parasol ochronny zatrzymał egzekucję.

O otwarciu postępowania restrukturyzacyjnego poinformował wierzyciela komornik, nie dłużnik, ani nie nadzorca układu.

W tych okolicznościach hurtownia nie zamierzała być bierna i czekać na inicjatywę ze strony dłużnika, z którą w realiach PZU dłużnik może nigdy do wierzyciela nie dotrzeć. Scenariusz postępowanie może jest tak napisany, że nikt o względy hurtownie nie będzie zabiegał.

Terminy zaczęły biec. W ciszy. Bez kontaktu od dłużnika. Bez telefonu od nadzorcy układu.

Postępowanie widmo

Pierwszy ruch hurtowni jest podręcznikowy: wniosek o dostęp do akt w KRZ.

W PZU nie kieruje się go do sądu, lecz do nadzorcy układu. To on prowadzi postępowanie na etapie, na którym sądu praktycznie jeszcze nie ma.

Hurtownia składa wniosek i czeka.

Po uzyskaniu dostępu znajduje w aktach obwieszczenie o ustaleniu dnia układowego.

I nic więcej.

Nie ma spisu wierzytelności. Nie ma spisu wierzytelności spornych. Nie ma wstępnego planu restrukturyzacyjnego. Dokumentów, które powinny zostać sporządzone, zanim nadzorca dokona obwieszczenia.

Kolejność jest prosta: najpierw dokumenty, potem ochrona.

To nie jest techniczny brak bez znaczenia. To naruszenie przepisów, które pokazuje co jest priorytetem dla dłużnika. Nikt tego nie weryfikuje. Nie ma Sędziego-komisarza. Nie ma rady wierzycieli.

Kto więc w okresie między obwieszczeniem, a wnioskiem o zatwierdzenie układu, bada czy postępowanie jest prowadzone prawidłowo?

W praktyce ten wierzyciel, który akurat patrzy. Hurtownia patrzy. Większość wierzycieli nie patrzy wcale.

Piętnaście procent, których nikt nie liczy

Po kilku dniach brakujące dokumenty pojawiają się w aktach.

I dopiero wtedy robi się naprawdę interesująco.

Na spisie znajdują się znajome nazwy. Jest podwykonawca, z którym wykonawca od miesięcy toczy spór o jakość robót. Kwestionuje zakres prac, wysokość wynagrodzenia i własny obowiązek zapłaty.

Mimo to wierzytelność podwykonawcy została wpisana do spisu wierzytelności bezspornych.

Nie do spisu wierzytelności spornych.

Obok pojawia się nowa pozycja: pożyczka udzielona przez członka rodziny. Kwota jest duża, okrągła i została wprowadzona do ksiąg niedługo przed dniem układowym.

Dwie pozycje. Jeden efekt.

PZU może być prowadzone tylko wtedy, gdy suma wierzytelności spornych nie przekracza piętnastu procent wierzytelności uprawniających do głosowania nad układem.

Gdyby wierzytelność podwykonawcy została zakwalifikowana jako sporna, próg zostałby przekroczony. Postępowanie o zatwierdzenie układu przestałoby być dopuszczalną ścieżką.

Podwykonawca trafia więc do spisu wierzytelności bezspornych.

Pożyczka rodzinna dodatkowo powiększa podstawę, od której liczy się piętnaście procent. Im większy mianownik, tym mniejszy udział wierzytelności spornych.

To nie jest skomplikowana księgowość. To prosta arytmetyka ułożona od końca, tak aby dała wcześniej założony wynik. Najważniejsze jest jednak coś innego: na tym etapie nikt tej arytmetyki z urzędu nie sprawdza. Sąd zobaczy proporcje dopiero przy rozpoznawaniu wniosku o zatwierdzenie układu.

Tyle że wtedy będą już za nimi kolejne miesiące.

Błąd wykryty na końcu nie cofnie tego, co wydarzyło się pod ochroną.

Wcześniej fikcję może wychwycić tylko wierzyciel, który sam sprawdzi spis i sam policzy proporcje.

Jeżeli nikt tego nie zrobi, liczba przygotowana na potrzeby postępowania przejdzie przez nie jak fakt.

Plan napisany dla pozoru

Hurtownia otwiera wstępny plan restrukturyzacyjny.

Czyta go z rosnącym niedowierzaniem.

Kilka zdań, kilka ogólników. To nie jest dokument analizujący przyczyny trudnej sytuacji ekonomicznej dłużnika, to nie jest opis i przegląd planowanych środków restrukturyzacyjnych. To dokument, który załączono dla nazwy.

W tym samym czasie nikt z hurtownią nie rozmawia. Nie ma próby uzgodnienia propozycji. Nie ma pytania o stanowisko. Nie ma nawet sondowania, czy wierzyciel zamierza poprzeć układ.

Z rynku napływają za to inne informacje.

Wykonawca spłacił jedną z hurtowni.

Nie przypadkową. Tę, która dostarczała mu rozwiązania trudne do zastąpienia i jednocześnie najgłośniej zapowiedziała głosowanie przeciw układowi.

Jedną płatnością osiągnął dwa cele. Utrzymał krytycznego dostawcę i usunął niewygodny głos.

Pieniądze otrzymała również inna firma — należąca do męża kuzynki wykonawcy.

Dlaczego zapłacono właśnie jej, nie wyjaśnia żaden dokument.

W sądowych postępowaniach restrukturyzacyjnych swoboda wybiórczego spłacania wierzycieli jest ograniczona. PZU działa inaczej. Dłużnik może korzystać z ochrony przed egzekucją, a jednocześnie decydować, którzy wierzyciele dostaną pieniądze, a którzy mają czekać na głosowanie.

I dokładnie to robi.

Parasol nie chroni już wspólnego interesu wierzycieli. Chroni możliwość wyboru, kto otrzyma zapłatę, a kto wyłącznie propozycję.

Mikroprzedsiębiorca za dwa miliony

Zbliża się głosowanie.

Hurtownia czeka jeszcze na właściwy plan restrukturyzacyjny i test zaspokojenia. Test powinien odpowiedzieć na podstawowe pytanie: ile wierzyciele otrzymają w układzie, a ile mogliby uzyskać w scenariuszu alternatywnym, w upadłości.

To jeden z niewielu dokumentów, który pozwala porównać obietnicę z rzeczywistością.

Testu jednak nie będzie.

Wykonawca formalnie mieści się w kategorii mikroprzedsiębiorcy, a w tym przypadku dokument nie musi zostać sporządzony.

Firma realizowała duże kontrakty. Zaczęła obracać milionami. Próg zatrudnienia i obrotów właściwy dla małego przedsiębiorcy miała przekroczyć właśnie w tym roku — dzięki kontraktom, które ostatecznie doprowadziły ją do utraty płynności.

Zgodnie z prawem jest mikroprzedsiębiorcą. W realiach gospodarczych już nim nie był.

Świetlana przyszłość

Wreszcie pojawia się właściwy plan restrukturyzacyjny oraz propozycje układowe.

Hurtownia zna rynek. Od lat dostarcza na niego materiały budowlane. Wie, ile trwa kontrakt, jak wykonawcy finansują roboty, kiedy inwestorzy opóźniają odbiory i po czym poznać, że firma nie zrealizuje wygranego przetargu.

Plan, który ma przed sobą, nie zna tego rynku wcale.

Opisuje przedsiębiorstwo działające w otoczeniu gospodarczym, którego nie ma. Prognozy nie biorą pod uwagę przepływów i ich ograniczeń. Założenia nie odpowiadają sytuacji kontraktowej. Liczby nie prowadzą do żadnego realnego źródła finansowania układu.

Jedyne konkretne działania dotyczą wierzycieli: część długu ma zostać umorzona, a pozostała część rozłożona na odległe raty.

Nie ma sprzedaży zbędnych aktywów. Nie ma realnego programu redukcji kosztów. Nie ma nowego finansowania. Nie ma zmiany modelu operacyjnego. Nie ma odpowiedzi na pytanie, skąd przedsiębiorstwo weźmie pieniądze na raty, skoro nie ma ich dzisiaj.

Cały ciężar naprawy firmy został przeniesiony na wierzycieli.

Redukcję długu nazwano restrukturyzacją.

Hurtownia podejmuje decyzję.

Czas złożyć parasol

Wierzyciel może wystąpić do sądu restrukturyzacyjnego o uchylenie skutków obwieszczenia o ustaleniu dnia układowego.

Nie jest to zażalenie na całe postępowanie. Uchylenie skutków obwieszczenia nie kończy PZU. Dłużnik nadal może zbierać głosy, przygotować układ i wystąpić o jego zatwierdzenie.

Traci jednak ochronę. Komornik może wrócić do gry.

Podstawą uchylenia skutków obwieszczenia jest pokrzywdzenie wierzycieli. I właśnie tutaj wiele wniosków przegrywa jeszcze przed złożeniem, ponieważ wierzyciele rozumieją pokrzywdzenie wyłącznie jako własny brak zapłaty.

„Nie płacą mi, więc jestem pokrzywdzony” — to za mało.

Każda restrukturyzacja oznacza, że wierzyciele muszą czekać, a część z nich nie otrzyma pełnej zapłaty. Samo odroczenie egzekucji nie przesądza jeszcze o pokrzywdzeniu.

Problem zaczyna się wtedy, gdy ochrona przestaje służyć zwiększeniu szans na wspólne zaspokojenie wierzycieli, a zaczyna służyć wyłącznie dłużnikowi.

Gdy daje mu czas nie na naprawę przedsiębiorstwa, lecz na zaspokojenie wybranych wierzycieli.

Gdy zatrzymuje skuteczną egzekucję, choć nie istnieje realny plan wykonania układu.

Gdy pozwala uszczuplać majątek, a wierzycielom pozostawia wyłącznie kolejne prognozy.

Hurtownia ma argumenty, które wykraczają poza jej własną sytuację.

Ma egzekucję zatrzymaną tuż przed odzyskaniem pieniędzy. Ma plan oderwany od rzeczywistości. . Ma spis skonstruowany tak, aby nie przekroczyć ustawowego progu. Ma wybiórcze płatności na rzecz krytycznego dostawcy i podmiotu rodzinnego. Ma dłużnika, który korzysta z ochrony, ale nie pokazuje wiarygodnego źródła finansowania układu.

To nie jest historia jednego wierzyciela niezadowolonego z tego, że musi czekać.

To opis mechanizmu, który chroni wybranych kosztem pozostałych.

Drugi wierzyciel nie robi nic

W tym samym postępowaniu jest inny wierzyciel wykonawcy.

To firma transportowa, która woziła dla niego materiały budowlane przez ostatnie dwa lata. Po zapoznaniu się z obwieszczeniem jej właściciel uznał, że skoro na dokumencie jest orzeł w koronie i w sprawie występuje nadzorca, ktoś z pewnością kontroluje sytuację.

Nie wystąpił o dostęp do akt. Nie zweryfikował spisu. Nie zgłosił zastrzeżeń. Nie pozwał.

Czekał na układ jak na punktualny pociąg, nie wiedząc, czy ma bilet uprawniający go do dalszej jazdy.

Roszczenia przewoźnika przedawniają się z upływem roku. Termin minął miesiąc po dniu układowym. Wierzyciel nie wie, czy jest ujęty w spisie, czy jest traktowany jako sporny, czy może dłużnik w ogóle go pominął.

Dzień układowy nie przerywa biegu przedawnienia. Sporządzony na jego potrzeby spis wierzytelności nie jest tytułem egzekucyjnym. Nikt nie wie jaki będzie wynik postępowania. Wierzycielowi, który nie reaguje na zmianę dat, kalendarz może zredukować roszczenie.

Do zera.

Aktywny wierzyciel miał słabe narzędzia — ale je miał, bo po nie sięgnął. Bierny nie miał żadnego, bo czekał, aż ktoś sięgnie za niego. W PZU nikt nie sięgnie za wierzyciela. Nadzorcę wynajął dłużnik. Sąd wchodzi na końcu. Rejestr tylko obwieszcza.

Wierzyciel, który czeka, aż ktoś zajmie się jego sprawą, w PZU przestaje być wierzycielem. Zostaje pozycją w cudzym spisie.

28/08/2026

⌛ Twój wieloletni klient znowu spóźnia się z zapłatą, ale handlowiec naciska, żeby puścić mu nowy towar, „bo inaczej pójdzie do konkurencji”? Ehh... skąd my to znamy.

🔓 Dłużnik wpłaca drobną kwotę abyś odblokował mu kolejna dostawę. A Ty godzisz się na to rolowanie długów, bo sam musisz płacić producentom w terminie.

Strach przed utratą klienta paraliżuje Twój biznes, a Ty stajesz się darmowym bankiem dla cwaniaków.

👉 Przestań bać się utraty klienta, który i tak nie płaci.

W Kancelarii Prokura przecinamy te finansowe kleszcze.

📩 Skontaktuj się z nami i odzyskaj swój zamrożony kapitał.

Najgorszy dzień wierzyciela, dzień układowyZ notatek z zeszłego miesiąca Hurtownia materiałów budowlanych ma wobec jedne...
27/08/2026

Najgorszy dzień wierzyciela, dzień układowy

Z notatek z zeszłego miesiąca

Hurtownia materiałów budowlanych ma wobec jednego z wykonawców wierzytelność na kwotę 225 tys. zł. Nie spornych — zasądzonych. Droga do tej chwili zajęła czternaście miesięcy, najpierw pierwsze opóźnienia, które hurtownia przeczekała, bo wykonawca realizował duże kontrakty dla znanych inwestorów. Potem wykonawca część z tych kontraktów stracił. Hurtownia odcięła dostawy, złożyła pozew, dostała nakaz zapłaty i doczekała się uprawomocnienia. Komornik zajął rachunek wykonawcy.

Niecały tydzień później w Krajowym Rejestrze Zadłużonych pojawiło się obwieszczenie o ustaleniu dnia układowego. Egzekucja została zawieszona z mocy prawa. Efekt czternastu miesięcy procesu został wyłączony w jeden dzień, jednym zdaniem obwieszczenia, o którego publikacji nikt wierzyciela nie poinformował. Zanim dzień układowy zablokował komornika żaden sąd niczego nie badał, niczego nie weryfikował. Na tym etapie sąd w tym postępowaniu w ogóle nie uczestniczy.

To było pierwsze odkrycie. Drugie przyszło, gdy hurtownia zgłosiła udział w postępowaniu i zobaczyła spis wierzytelności. Na spisie znajome nazwy trzech konkurencyjnych hurtowni — kilka telefonów potwierdziło, że wykonawca w ostatnich tygodniach zamówił u nich towar na ponad 340 tys. zł. To oni dostarczali do końca nie wiedząc o tym, że finansują przyszły układ, w którym ich własne wierzytelności miały zostać zredukowane.

Następnie przychodzą propozycje układowe. W tej sprawie brzmiały - spłata 80 procent należności głównej w 72 miesięcznych ratach. Ale pierwsza rata ma pojawić się dopiero rok po prawomocnym zatwierdzeniu układu. W optymistycznym scenariuszu ostatnia rata wpłynie w dziesiątym roku od pierwszego opóźnienia.

Architektura PZU

Ochronna architektura PZU nie powstała w zwykłej logice układu. Powstała w logice pandemii. Obwieszczenie, szybkie uruchomienie ochrony, zawieszenie egzekucji z mocy prawa i sąd dopiero na końcu — to mechanizm, który wszedł do prawa w czerwcu 2020 roku jako uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne z tarczy antykryzysowej. Narzędzie pomyślane jako doraźna ochrona w kryzysie stało się domyślnym trybem restrukturyzacji — choć nie wymagało wykazania, że kryzys pandemiczny indywidualnie dotknął tego konkretnego dłużnika.

Postępowanie o zatwierdzenie układu to dziś nie jedna z czterech procedur restrukturyzacyjnych. To prawie cała restrukturyzacja w Polsce. W 2025 roku na ponad 5 tys. otwartych postępowań restrukturyzacyjnych ponad 90% stanowiły postępowania o zatwierdzenie układu. W pierwszym kwartale 2026 proporcje się nie zmieniły.

Tej dominacji nie tłumaczy sama skuteczność w zawieraniu układów. PZU wybiera się, bo najszybciej daje ochronę przed egzekucją. Reklamy doradców, które obiecują „zdjęcie komornika w 24 godziny", nie kłamią. Reklamują ochronę. Nie reklamują układu.

Sąd do ochrony niepotrzebny

Postępowanie uruchamia umowa dłużnika z wybranym przez niego nadzorcą układu. Nadzorca pełni funkcję od dnia zawarcia tej umowy. Sąd pojawia się dopiero na końcu — przy wniosku o zatwierdzenie układu. Wszystko, co dzieje się wcześniej, dzieje się między dłużnikiem, a osobą, którą dłużnik sam zaangażował.

Okno możliwości, o którym wie tylko jedna strona

Dzień układowy wyznacza granicę. Zobowiązania powstałe przed nim wchodzą do układu i podlegają redukcji, te powstałe po trzeba spłacać w całości. Dzień układowy ustala dłużnik, a przy obwieszczeniu data ta nie może być późniejsza niż sam dzień obwieszczenia. Dłużnik tę granicę zna z wyprzedzeniem. Wierzyciel poznaje ją najszybciej z chwilą obwieszczenia.

Datę dłużnik dobiera strategicznie. Może trzymać okno otwarte i do ostatniej chwili zamawiać towar, który wejdzie do układu. Może też zamknąć je od razu, jeśli liczy się dla niego wyłącznie szybka ochrona przed egzekucją. Co jest dla niego optymalne, wie tylko on - ile środków potrzebuje na restrukturyzację i jak blisko jest komornik.

W tym przypadku rynek sprzedawał wykonawcy wciąż jak normalnemu kontrahentowi. Każda z trzech hurtowni widziała tylko własne, zwyczajne zamówienie od wieloletniego klienta. On już wiedział, że normalnym kontrahentem przestał być.

Zanim dojdzie do obwieszczenia, nadzorca układu sporządza spis wierzytelności, spis wierzytelności spornych i wstępny plan restrukturyzacyjny. Elementy, które wymagają dokładnej analizy i weryfikacji finansów dłużnika. Ale kiedy dłużnik wybiera tarczę od zaraz, tempo przygotowania idzie w parze z pośpiechem. Wstępny plan restrukturyzacyjny napisany w dwa dni nie jest planem. Jest załącznikiem do tarczy.

Tarcza trwa dłużej niż reklama

„Cztery miesiące" — tę liczbę wierzyciel zapamiętuje z informacji od prawnika i tą liczbą się pociesza. Cztery miesiące to nie zawsze koniec ochrony. To termin, w którym musi się coś wydarzyć: jeśli dłużnik nie złoży w tym czasie wniosku o zatwierdzenie układu, skutki obwieszczenia wygasają z mocy prawa. Ale jeśli wniosek złoży — nawet wadliwy — sprawa przenosi się do sądu, a ochrona trwa, aż do prawomocnego rozstrzygnięcia tego wniosku, co w skrajnych przypadkach można liczyć w latach. Przez ten cały czas egzekucja stoi.

Zajęcie, które komornik założył tydzień przed obwieszczeniem, formalnie trwa — ale komornik nie przekaże z niego wierzycielowi ani złotówki. Pieniądze są zamrożone, dłużnik ich nie ruszy, wierzyciel ich nie dostanie. Tyle że dłużnik tego rachunku nie potrzebuje. Zakłada nowy — a tego komornik zająć już nie może, bo nowej egzekucji wszcząć nie wolno. Stare zajęcie zostaje na koncie, na które nikt nie wpłaca, a bieżący obrót firmy płynie obok, nietknięty.

Układ jako dodatek do ochrony

Postępowanie o zatwierdzenie układu nie jest złem samym w sobie. W sprawie przygotowanej uczciwie potrafi uratować firmę i dać wierzycielom więcej, niż dałaby upadłość. Patologia nie tkwi w samej procedurze. Tkwi w tym, że jej konstrukcja jednakowo sprawnie obsługuje dłużnika, który chce zawrzeć układ, i dłużnika, który chce tylko czasu. Dla obu działa tak samo szybko. Układ staje się wtedy dodatkiem do ochrony, a nie jej celem.

To nie jest postępowanie, do którego wierzyciel przystępuje. To postępowanie, które się wierzycielowi ogłasza.

Wydaje się, że wierzyciel traci kontrolę.

Ile z niej da się odzyskać — i jak wcześnie trzeba zacząć działać — o tym w drugiej części publikacji o PZU, za dwa tygodnie.

Bank, który nie wie, że jest bankiemZ notatek z zeszłego miesiącaDystrybutor materiałów dla przemysłu. Najlepszy handlow...
13/08/2026

Bank, który nie wie, że jest bankiem

Z notatek z zeszłego miesiąca

Dystrybutor materiałów dla przemysłu. Najlepszy handlowiec w firmie — nazwijmy go Marek — odpowiadał za niemal jedną trzecią obrotu. W rankingu sprzedaży nie do ruszenia od trzech lat.

Marek miał jednego klienta, którego pielęgnował jak ogród. Zaczęło się od zamówień na 180 tysięcy rocznie, z terminem 14 dni i wekslem in blanco w teczce. Po dwudziestu miesiącach ten sam klient kupował za 1,9 miliona, z terminem 60 dni, a weksla już nie było — „bo to partner, z którym robimy duże pieniądze, nie będziemy go obrażać papierami". Każdy kwartał Marek zamykał na zielono. Każdy kwartał dostawał premię. Zarząd był zadowolony, bo słupki rosły.

Potem klient otworzył postępowanie restrukturyzacyjne.

W chwili otwarcia firma miała wobec niego 1,5 miliona ekspozycji. Bez zabezpieczenia. W propozycjach układowych pojawiła się spłata rzędu 60 groszy na złotówce, rozłożona na lata. Marek w tym czasie był już u konkurencji — z premiami wypłaconymi co do grosza, których nikomu nie przyszło do głowy odzyskiwać. Odpis aktualizujący uderzył w wynik dwa lata po tym, jak Marek zobaczył pierwszy sygnał i go nie przekazał.

I tu jest cała rzecz, którą trzeba powiedzieć wprost: firma nie straciła pieniędzy na złym kliencie. Straciła je na dobrym systemie premiowym, który zadziałał dokładnie tak, jak go zaprojektowano.

Prawnie sprzedaż. Ekonomicznie pożyczka.

Kiedy wierzyciel wydaje towar z odroczonym terminem płatności, finansuje obcą firmę własnym kapitałem. Pożycza jej kwotę równą wartości faktury, na procent zero, bez umowy kredytowej, bez analizy zdolności, bez zabezpieczenia — i robi to rękami pracownika, który dostaje prowizję od tego, ile pożyczy, a nie od tego, ile wróci do wierzyciela.

Dział sprzedaży jest bankiem. Tylko nikt mu tego nie powiedział: nikt nie dał mu procedury kredytowej, nikt nie ustawił limitu, którego nie kasuje jedno zdanie — „to ważny klient" — i nikt nie rozlicza go z portfela, który zbudował. To bank, który nie wie, że jest bankiem.

Mechanizm, który za tym stoi, nie jest kwestią złej woli handlowca. Marek był racjonalny. Problem ma trzy warstwy i wszystkie trzy zbudował wierzyciel, nie sprzedawca.

Po pierwsze — premiuje się jedno, licząc na drugie. Steven Kerr nazwał to w 1975 roku „głupotą nagradzania A w nadziei na B": handlowiec dostaje premię za wystawioną fakturę, a firma liczy na przelew — i dostaje dokładnie to, co premiuje. Korzyść z domkniętej sprzedaży jest natychmiastowa i prywatna: prowizja, zrealizowany cel, miejsce w rankingu. Trafia do handlowca w tym kwartale. Koszt — brak zapłaty, finansowanie należności, koszt jej dochodzenia, ostatecznie odpis — jest odroczony o kilkanaście miesięcy i uspołeczniony: rozpływa się w wyniku firmy, a na końcu w kapitale właściciela. Decydent nie ponosi kosztu własnej decyzji. A koszt, którego się nie ponosi, przestaje istnieć w rachunku.

Po drugie — asymetria pomiaru. Sprzedaż mierzy się głośno: na bieżąco, co do złotówki, na dashboardzie, który widzą wszyscy. Stratę kredytową mierzy się szeptem: późno, zbiorczo, jedną linijką odpisu aktualizującego przy zamknięciu roku , której nikt nie wiąże z konkretną decyzją sprzed dwóch lat. Organizacja zawsze optymalizuje to, co mierzone głośno, i lekceważy to, co mierzone cicho. Nie dlatego, że jest głupia. Dlatego, że tak ją ustawiono.

Po trzecie — i najgroźniejsze — negatywna selekcja. To ten sam mechanizm, który George Akerlof opisał na „rynku cytryn": gdy nie weryfikuje się jakości, najchętniej przyjmują warunki ci, których jakość jest najgorsza. Klient, który najchętniej godzi się na długi termin płatności i nie targuje się o pozostałe warunki, jest średnio najgorszym ryzykiem w portfelu. Jego łatwe „tak" to nie sukces negocjacyjny handlowca. To sygnał. Firma o zdrowej płynności targuje się o rabat. Firma, która zaczyna mieć problem, targuje się o termin. Marek przez dwadzieścia miesięcy czytał rosnący apetyt klienta na odroczenie jako dowód świetnej relacji. W rzeczywistości czytał raport o zbliżających się problemach.

Strata rodzi się przy podpisie, nie przy braku przelewu

Każda z patologii, które ujawniają się dopiero przy windykacji, ma swój początek na etapie, na którym wszystko wyglądało jak bardzo dobry wynik kwartału.

Kredyt kupiecki bez weryfikacji kontrahenta — bo sprawdzanie spowalnia domknięcie, a domknięcie jest premiowane. Pełzające wydłużanie terminu — z 14 na 30, z 30 na 60, każdy krok osobno niegroźny, suma zabójcza. Cichy zanik zabezpieczeń — weksel, poręczenie, gwarancja znikają po kolei jako „przeszkoda w relacji".

Ale prawdziwy rdzeń patologii jest subtelniejszy: dosprzedaż klientowi, który już zalega. Prowizja liczy się od nowej faktury, więc handlowiec, którego klient nie zapłacił za poprzednią dostawę, ma motywację, żeby sprzedać mu kolejną — bo nowa faktura to nowa premia, a stare saldo to nie jego problem. W efekcie ekspozycja rośnie najszybciej dokładnie tam, gdzie ściągalność jest już najgorsza. I rośnie cicho, bo każda kolejna dostawa wygląda w systemie jak zdrowa sprzedaż, nie jak rosnące ryzyko. Portfel nie psuje się równomiernie. Koncentruje gnicie w jednym miejscu i sam je dokarmia.

Liczbowo wygląda to tak. Klient zalega 300 tysięcy za dwie dostawy — jedna 40, druga 70 dni po terminie. Zdrowy odruch to wstrzymać wysyłki do czasu zapłaty. Ale jest koniec kwartału, a handlowiec ma do celu dwa zamówienia. Więc realizuje oba — kolejne 250 tysięcy — temu samemu klientowi, który już nie płaci. W sześć tygodni ekspozycja rośnie z 300 do 550 tysięcy, w całości u kontrahenta, który dał już pierwszy dowód, że ma problem z gotówką. Handlowiec zrobił cel. Firma podwoiła stratę, zanim ktokolwiek zdążył ją nazwać stratą.

I sygnał. Handlowiec jest najbliżej klienta — widzi pierwszy. Wolniejsze odpowiedzi, prośby o przesunięcie, zmiana osoby kontaktowej w księgowości kontrahenta, nerwowość przy uzgadnianiu salda. To są pierwsze objawy niewypłacalności, na długo przed tym, zanim zobaczy je własna księgowość — i na długo przed tym, zanim trafią do jakiegokolwiek raportu.

Tyle że handlowiec ma wszystkie powody, żeby je przemilczeć. Zgłoszenie sygnału oznacza wstrzymanie wysyłek, a wstrzymanie wysyłek to jego własny cel, który nie zostanie dowieziony. Więc sygnał dostaje wygodne tłumaczenie: „klient ma chwilowy zator", „przejściowe problemy z płynnością", „za miesiąc się wyrówna". Każde z tych zdań z osobna brzmi rozsądnie. Razem składają się na ciszę, która kosztuje najwięcej.

Pierwszy sygnał ostrzegawczy umiera w dziale handlowym. Nie dlatego, że handlowiec jest nielojalny — dlatego, że tak zbudowano system, w którym milczenie się opłaca.

Co z tym zrobić — w jednym zdaniu, bo reszta jest indywidualna

Rozwiązanie mieści się w jednym zdaniu: rozdzielić dwie liczby, które firmy dziś mylą — sprzedaż i wpływ — i premiować tę drugą, nie pierwszą. Dopóki handlowiec dostaje za fakturę, a nie za przelew, będzie produkował należności, nie pieniądze. A różnicę między jednym, a drugim wierzyciel policzy dopiero przy podziale sumy uzyskanej z egzekucji, propozycjach układowych lub planie podziału funduszów masy upadłości — kilka lat za późno.

Najgorsze należności nie powstają w dniu, w którym klient przestaje płacić. Powstają w dniu, w którym najlepszy handlowiec dostaje za nie premię.

Adres

Władysława IV 53/5
Gdynia
81-384

Godziny otwarcia

Poniedziałek 08:00 - 16:00
Wtorek 08:00 - 16:00
Środa 08:00 - 16:00
Czwartek 08:00 - 16:00
Piątek 08:00 - 16:00

Telefon

+48535855503

Strona internetowa

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy Kancelaria Prokura opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij